Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

To bedzie małe opowiadanko oparte na faktach auttentycznych. Jako 
takie, traci przesłanie filozoficzne, błyskotliwą płętę i inteligentny 
przebieg akcji. Bo rzeczywistość jest inna :). Ale itak chyba jest 
troche fajne. Za to postacie maja realistyczna psychike.
No wiecie - Warhammer.
***
Opowiadanko to dedyqje Elvemu w zamian za jego opowiadania :)
***
Kromleh, Heineken i Lothar byli brudni i głodni. Raz podwozie raz
nadwozie, mawiano w drużynie. A teraz było "podwozie".
Szli tą drogą nie dlatego, że miało to jakiś sens lub cel, ale dlatego,
że pójście każdą inną drogą było równie bezsensowne. Fakt, że zgubili 
się w lesie nie miał żadnego znaczenia. Bo nie było miiejsca, o którym 
mogliby powiedzieć, że sie własnie znaleźli bo się tam znajdują.
Nie byli poszukiwaczami przygód. Byli ludźmi poszukiwanymi przez
przygody. Przystosowali się i nauczyli się z nich korzystać.
-O! Patrzcie, stoją tam dwa ogry. Znoooowu. - powiedział Kromleh
-E! Eghhhert, Thre houe sdidegen. Ksseeeek. - powiedział jeden z ogrów.
Dalej nie musiał już nikt się wypowiedział. Każdy wiedział, co trzeba
robić. Wiadomo - rutyna. Ogry miały naszyjniki z ludzkich czaszek.
Wojownicy mieli kupe drobnych ozdób z kości stwożeń może nawet nie
będących orkami, ale przez ludzi uważanych za właściwie to samo.
Błysnęły krzywe szable, proste miecze, topory. Ogry były większe, ludzi
więcej. Na żadnej ze stron przeciwnik nie robił żadnego wrażenia.
Ludzie nie ustalali taktyki. Ogry tym bardziej. Ruszyli i zaczęli się
ciąć. Kromlech rzucił się na większego. Ciął szerokim toporem. Ciął
powietrze. Heineken jak próbował unikać walki. Wycofał się. Oba ogry 
poszły za nim. Krzywe szable uderzyły. Heineken był tchórzem, ale 
walczyć potrafił. Ciął jednego prosto w czoło. Ogrowi to bardzo nie
zaszkodziło bo za tym czołem nic ważnego nie chował. Lothar zaszrżował 
z typową dla siebie taktyką. Uważał, że jeśli będzie odważnny, nic mu
sie nie może stać. Wszyscy uważali to za idiotyzm, ale Lothar miał
na tyle dużego farta, że jakoś dożył swoich 26 lat i dorobił się
grubego, obwislego brzucha, który całkowicie nie pasował tak do zawodu
wojownika jak i do sytuacji człowieka głodującego. Ciął ogra po plecach
zostawiając długą czerwoną pręgę. Ogr przeniósł uwagę. Odwrócił się 
gwałtownie i ciął na oślep. Lothar już by łapał wyciekające flaki, 
gdyby nie niesłychana, wręcz nadprzyrodzona umiejętność wciągania
swjego brzucha. Spróbował sztychu. Ogr cofnął się. Prosto na miecz
Heinekena. Heineken z miecem we wnętrzościach dużego stwóżenia był
na chwile unieruchomiony, co drugi org by zapewne wykorzystał. Ale
Kromleh wykonał próbę cięcia od dołu. Cięcie, przeznaczone na przejście 
przez krocze wzwyż jak pal do nabijania, zatrzymał sięna grubej nodze.
Gruba noga puściła, ogr strzcił równowagę. Heinken zammiast głowę 
stracił brzydki i zbędny czubek na hełmie. Wyciągnął miecz i odsunął
się, żeby dać kolegom pole do popisu. Z tego pola natychmiast 
skorzystał Lothar, tnąc chwiejącego się ogra z wyskoku. Krzywogęby
łeb wyskoczył w powietrze i radośnie koziołkując przeleciał pare
metrów. Reszta, tryskając z szyi fontanną krwi upadła najpierw na 
kolana a potem na płasko, brzuchem do gleby.
-Czy ogra można zjeść?
-Nie wiem. Można spróbować. Wyglada tłuściutko.
-Ale smierdzi jak skurwysyn. Nie nie bede tego jadł. Lothar poszedł 
nieco głębiej w lasek i zaczął szukać sobie jagódek. Pzostała część
drużyny w sładzie dwu osób zajęła się przeszukiwaniem ciał. 
Przeszukiwanie skończyło się na stwierdzeniu, że ogry są jeszcze 
bardziej śmierdzące niż przyjaciele i nie warto ich dokładniej 
przetrząsać. Małe żelazne pudełko gdyby samo nie wypadło z kieszeni
ogra, nigdy by nie zostało znalezione. Ale wypadło i zostało. 
Zamknięte! Eeee - wszystkie te cholerne pudełka są zamknięte.
Nagle lasem wstrząsneło coś, co nie nazywa się inaczej niż poprostu
wstrząsem. Na środku drogi zaświeciło drugie słońce, innego koloru i
pełne plam. Zrobiło się nieprzyjemnie ciepło, ale zaraz przestało.
Światło zgasło a wśród dymu i maleńkich podejrzanych zjawisk 
atmoswerycznych pojawiła się postać. Pojawiła się 2 metry nad ziemią.
Przez chwile tam wisiała, spojrzsała w dół i spadła z krzykiem na 
tyłek. Młody człowiek, który właśnie się pojawił, ubrany w lekkie,
całkowicie niepraktyczne, chociaż wcale niebogate szaty i miękkie 
sandały wstała z niezwykłą godnością, która powinna byc zastrzeżona
tylko dla cesarzy i wzwyż.
-Przepraszam, gdzie jesteśmy? Jak idzie sie do Marienburga?
-Hheeee. Nie wiem, ale chyba tamtędy, albo tamtędy - powiedział
Heineken wskazując w jedyne dwa możliwe kierunki na drodze.
-Aha, a jak to daleko?
-No nie anm się na mapie, ale jakieś 1200 mil.
-Eisseth! Herrimek kurk! - Zaklął siarczyście w języku magicznym 
młodzieniec. Kurwa jego mać! Eeee - no wiecie - zaklęcia teleportacyjne
nie zawsze działają jak powinny.
Po chwili namysłu dodał:
-Uuuu, Gherimek kurk! Ależ ja jestem potężnym magiem! 1200 mil!
Wale mojego mistrza, jestem stokroć lepszy od niego. Jestem Owyn.
Nie potrzebujecie superpotężnego maga w drużynie? 
-Nie, ale zaraz zobaczymy, czy nie zaspokoimy innych potrzeb.
Kromlech zaczął podchodzić do maga nie odkładając miecza upaćkanego
krwią i posoką po ogrze. Wyrzucaj wszystko co masz.
Sperpotężny mag Owyn, nie zdawał sobie niestety sprawy z faktu,
że walony przez niego mistrz też wykonywał doświadczenia z magią
telepotracyjną, tyle tylko, że był na tyle umiejętny, że udało mu się
zostać na miejscu gdy czaey zaczęły się mieszać.
Z tej niewiedzy Owyna wypłynął delikatny uśmieszek zaprawiony najwyższą
pogardą względem atakującego go nędznego woja.
-Wolisz być żabą czy gównem?
Wojownik zatrzymał się. Był raczej pewny siebie, ale magii nie ufał.
Ani magom. 
-Dobra, chodz, może sie na coś przydasz. Przetestujemy twoją wiedzę i
fachowość. Powiedz mi jak otworzyć to pudełko. 
Owyn przespał lekcje o magicznych zamkach. Magiczne zamki mu wisiały.
Chciał studiować magie iluzoryczną. Magia iluzoryczna robiła wspaniałe
wrażenie na płci przeciwnej. Wiedział to z doświadczenia z 
iluzionistkami około drugiego poziomu. Magiczne podrażnienie ciała. 
Dekoncentracja rozmyta. Kontrola hormonów. Nadczucie. Zjednoczenie
aury. Erika Verienbilch. Jej ciało, które nawet bez iluzji robiło
wrażenie większe niż największe czary. A Evrinn Merlich. A Giovanna
Periosani. Ehhh. 1200 mil. 
Ale wiedzą i fachowością trzeba się było popisać.
-To jest - powiedział Wielki Mag po dłuższej analizie zakończonej 
brakiem wniosków - zamknięte Gelleiczną odmianą czaru blokującego.
Można to otwożyć magią w warunkach laboratoryjnych. Tymczasem otwarcie 
pudełka jest niem...
Kromlech miał dosyć. Wyrwał pudełko, położył je na ziemii, zamierzył
się i uderzył roporzyskiem.
Głuchy trzask, mała eksplozja, okolice spowiła zielona, śmierdząca mgła.
-...iła w skutkach. 
Kromlech zakaszlał kilkakrotnie i padł na twarz. Lothar, jak zawsze 
pełen poświęcenia i przyjaźni dla wszystkich ludzi dookoła, rzucił się
na ratunek. Ksztusząc się, łzawiącymi oczami wyciągnął Kromleha za nogi
w miejsce gdzie gazu było mniej.
-Cos mu będzie? - zapytał Heineken maga, w którego właśnie udowodnioną
wiedzę i fachowość uwierzył.
-Jeśli nie rozchoruje się i nie umrze to nic mu się od tego nie stanie.
-Aha.
Kromleh wstał przeklinając. Postał chwile czekając aż gaz się rozwieje.
Wszyscy czekali, wszyscy rzucili się do małego pudełka. Zanależli 
mnóstwo lepkiej, zielonej mazi, ale i małą karteczkę. 
-Nie umiem czytać, ale to jest jak zwykle mapa do skarbu. Mapy 
prowadzace do skarbów zawsze tak wyglądają. Magik: co to?
Trudno, chyba już tak zostaie, że da tych ludzi będe "magik". Trzeba 
było odrazy zamienić ich w małe patyki - wtedy by nabrali szacunku.
Ale trzeba by było najpierw umieć to zrobić.
Bo Owyn znał dwa proste czary. Nie dlatego, że był tki niezdolny. Tylko 
dlatatego, że był taki leniwy. Większość wykładów pokrywało się akurat
z brakiem wykładów na wydziale iluzji. No i na większości wykładów
Owyn był zajęty czymś innym zgoła niż nauka. I nic dziwnego, bo był
bardzo przystojny, prawie tak przystojny jak Kromlech, a przystojniejszy
jeśliby zajżeć Kromlechowi w jego świecące czerwono gadzie oczy.
Magik przyjżał się papierkowi. Przeczytał napis we wspólnym - nazwe
własną - "Ardwarrk". Oczywiście nic nie mówiącą. Zobaczył troche kresek,
troche symboli i troche napisów w języku, którego liter nie znał.
-To jest mapa prowadząca do skarbu powiedział. Nigdy nie widział mapy
drogi do skarbu, ale tak właśnie sobie ją wobrażał. O tyle przewyższył
reszte drużyny, że zorientował się gdzie są. Na mapach się nie znał, 
ale domyślał się jak działają i domyślał się dobrze.
-Dobra. Jakieśtam skarby nie będą nam zmieniały kierunku marszu. Szukamy
żarcia a nie skarbów. Drużyna ruszyła powolutku w kierunku w którym
poruszała się wcześniej, przed spotkaniem ogrów. Magik domyślił się, 
że poruszają się w kierunku prawidłowym - prosto do skarbu, albo w 
kierunku dokładnie odwrotnym. Oczywiście nie miał żadnych podstaw, żeby
być bardziej pewnym jednej teorii niz drugiej więc nie oponował.
Żarcia tego dnia nie znaleźlie. Trzeba było rozbić obóz. Wkrótce paliło
się już ładne ognisko (rozpalone hubka, nie magicznie) i porozkładane
były płasze i co kto miał z gatunku rzeczy nadających się na łóżko 
(większość nie miała nic).
Owyn zdiął kapelusz, i wyjął z niego rybe.
-Oooo, ryba!
-Ano ryba. Rusza sie.
-Zawsze nosisz ryby w czapce? Czemu nie mówiłeś?
-Nie pytaliście.
Owyn próbował skręcić rybie kark, ale mu nie wyszło. Kromlech wiedział
wyraźnie więcej o zabijaniu. Jako większy fachowiec wytrącił rybe z rąk
magika, wycelował toporem i walnął w ziemię z całej pary. Nie udało mu 
się odciąć głowy - zamiast tego uzyskał dwie nierówne części podzielone
wzdłóż. Ryba nie żyła. Obie części były doskonale upaćkane w piachu.
-Zobacz co zrobiłeś, idioto. Ide to umyć. 
Owyn nie znał się na naturze ryb i lasów ryb. Jednak dziwnym trafem 
znalazł strumyczek i udało mu się rybe umyć. Ponieważ była to mała ryba,
zjadł ją na miejscu, na surowo, wrócił do obozu i wytłumaczył, że ryba
się wyślizgnęła w trakcie mycia. Nikt mu nie uwierzył, choćby dlatego,
że wstrząsały nim odruchy wymiotne (ostatecznie jednak powstrzymane). 
Drużyna z niechęcią wyciągneła stare kanapki, których nie jadła już od
paru dni w nadziei, że znajdą coś lepszego. Coc minęła spokojnie jeśli 
nie liczyć ciągłych wzajemnych oskarżeń o homoseksualizm (niezasadnych),
podziwiania świecących dziwnie w ciemności czerwonych oczu Kromleha i 
odstraszenia nimi kilku wilków.
Następnego dnia drużyna, całkiem już zgrana poszła dalej w kierunku z
poprzedniego dnia. Ładnym popołudniem wychyneli z lasu i zobaczyli 
wioske. Lothar pobiegł do wioski szukać magicznych wierz, gdyż 
potrzebował magicznych eliksirów. Nie znalazł żadnej. Powiedziano mu, że
wieża magiczna najbliższa znajdyje się nieco dalej w jakimstam kierunku.
Kromleh z Heinekenem sterroryzowali pierwszą znalezioną chatę, grożąc
mieszkańcom, że zjedzą im dzieci. Mieszkańcy czuli się bardzo 
szczęśliwi, gdy groźni wojownicy zgodzili się zjeść krowę zamiast małych
pociech.Owyn poszedł do baru i wypytał się o mapke, uzyskując te same 
informacje co Lothar. Informacje uzyskane przsez obu bohaterów 
zaopatrzone były komentarzem w stylu "Nie idzcie tam, panocku, z tamoć
nikt nie wrócił siedlisko złego tam jeno, Starego Czarnoksiężnika 
Ardwarrka, co od dwućset zim leży martwy, ale jeszcze straszy..." 
etc itd. Drużyna jak się o tym dowiedziała, odstała natychmiast 
motywację, żeby te potworności zaraz zobaczyć. Wiadomo, że tam skąd
nikt jeszcze nie wrócił zawsze wraca się z workiem pełnym pieniędzy
który wystarcza na kilka tygodni "prawdziwego" życia.
Po zdemolowaniu baru, obrażenia i pobicia lokalnego wójta, wlaniu
kilku chłopkom, krótkiego numerku Kromleha z przypadkową chłopką i 
kradzieży kilku kur (których pióra były potrzebne na sładniki zaklęć), 
drużyna ze wszystkimi pogodziła się wykupując sie z rąk okrutnych i 
niesprawiedliwych chłopów kilkoma koronami. Sądząc, że wszystko, co 
należało załatwić w każdej wiosce zostało załatwione, drużyna udała się
"na demony". Bo trzeba wiedzieć, że to była taka drużyna, dla której
chodzenie na demony i chodzenie na grzyby było mniejwięcej tym samym, 
i musieli się długo zastanawiać, żeby przypomniec sobie co nazywa
się demonem a co grzybem.
Jak sie można było spodziewać dotarli wkrótce do monolitycznej czarnej
wieży, wokół której na obszarze będącym doskonałlym kołem o promieniu
kilkudziesięciu kroków i środku tam gdzie była wieża, nic nie rosło 
była tylko spalona, martwa trawa. Kiedy bohaterowie podeszli do kręgu
zderzyli się z barierą magiczną. Poprostu ich odrzuciło. Na to Owyn 
siadł na trawie, wyciągnął liczydła, ocenił promień okręgu i siłe czaru,
przerzucił kilka paciorków i powiedział: wrzucimy do środka 300 kilo 
kamieni, to sie mana czaru skonczy. Wrzucanie kamieni trwało troche 
ale  poskutkowało. Wkrótce, po kilku próbach można było przebić bariere
z bara.
Wieża miała tę wadę, że nie posiadała drzwi. Ani nic innego. Poporstu
zwykła, monolityczna wieża magiczna. "Ale fajnie otynkowana" pomyślał
Owyn, który w przeciwieństwie do pozostałych znał się na metodzie 
budowania monolitycznych wież magicznych. Wieża opierała się ciosom 
topora, ale przy okazji tego oporu zdradziła połorzenie drewnianych,
magicznie zamaskowanych i zablokowanych drzwi.
-To ja, Ardwarrk, wpuszczać do holery. Co tu tak sie zamykasz, jak
zaraz nie wejde, to ci górne piętra spale, ty kupo gruzu...
Wieża namyśliła się troche. Nie miała nażądu wzroku a głosu swojego
pana nie słyszała od dwustu lat. Więc drzwi się otworzyły.
Drużyna weszła do środka. Jak zwykle, przy swojej standardowej 
przezorności - nie zabrano nic do świecenia. Widzieć w ciemności
potrafił Kromleh a powinien potrafić Owyn, ale nie potrafił. Drzwi
zapomniały się standardowo zatrzasnąć się za wchodzącymi, ale drużyna 
zapomniała tez o ich istnieniu. Całkiem fartownie poprostu Kromleh
znalazł kilka pochodni, które Owyn z pewnym trudnem odpalił od 
wyczarowanego skręta. Doszli do końca korytarza i weszli do małego
pokoiku. Wystraszyli ogniem pałętającą się 6ciostopowej długości amebę, 
która wylazła z jakiegoś śmierdzącego zagłębienia. Oprócz wejścia 
pomieszczenie posiadało jeszcze dwa wyjścia. Były tez jakies przedmioty, 
ale całkowicie nieinteresujące. Najpierw poszli w kierunku oczywiści
nieprawidłowym. Lothar, który bohatersko szedł przodem wpadł w głęboką
pułapkę. Dzięki nadzwyczajnemu szczęściu nie nabił się na czekające
na niego gościnnie zaostrzone kije. Skończyło się na złamanych rzebrach,
rozbitej nieco czaszce i skręconych nadgarstkach. No nic. Lothara
wyciągnięto po dłuższym zastanowieniu. Już nie szedł przodem, ale co 
ciekawe - szedł. Owyn jako mag poszedł tym razem w awangardzie, co mu
za bardzo nie odpowiadało, ale pomyślał sobie, że jeśli zginie, to na
jego miejsce itak urodzi się ktoś nowy. Poszli w drugą stronę i natknęli
się na cos o wiele siekawszego - kręte schody w góre i w dół.
Ciekawsze byłu te w dół, bo jak wiadomoo na dole wszyscy trzmają skarby.
Schody były długie, długie a ponadto były długie. I nieprzyjemne, ciemne
i beznadziejne. Ale w końcu się kończyły, bo tak to juz bywa, że w końcu
zwykle wszystko sie kończy. Było tam mnóstwo różnych drzwi, i nie 
było żadnych podstaw, aby wybrać jedne a nie drugie. Dlatego drużyna
po namyśle zdecydowała się na przeszukiwanie heurystyczne. Pierwsze
przeszukane pomieszczenia były nudne i banalne - małe cele z wiszącymi 
na ścianach lub leżącymi na podłogach kościotrupami, niektórymi nieco
innymi niż ludzkie. Troche pentagramów i jakichs przeterminowanych 
trucizn. Jakieś narzędza tortur i sprzęt do doświadczeń na lucziach.
Ogólnie - nic ważnego. Następne drzwi były o wiele ciekawsze. Znajdowało
się za nimi pomieszczenie pełne gnijących trupów, trupów już zgniłych,
Jednego dużego szkieletu w koronie i dwóch skrzyń. Drużyna natychmiast
się rozdzieliła, że by działać w sposób bardziej efektywny. Heineken
pomyślał sobie, że to licz i kupa żywych szkieletów i natychmiast 
uciekł. Kromleh zobaczył skrzynie i rzucił się na jedną z nich. Wkrótce
potem nie widział już świata ładując do kieszeni złote moenety. Lothar
przypomniał sobie opowieści swojej babki i poszedł do siedzącego na
tronie szkieletu celem zdjęcia mu z głowy korony i przejęcia z jej 
pomocą kontroli nad szkieletami. Owyn przypomniał sobie opowieści 
niektórych ze swoich znajomych o tym, ile taka korona kosztować może i
jak ciężko ją zrobić. Oraz o parametrach bojowych licza. Lothar
był pierwszy. Chwycił koronę i włożył ją sobie na głowe. Bez efektu.
Licz chwycił natomiast Lothara za szyje ale nie włożył go sobie na 
szyje, ale próbował udusić. Owyn w nagłym przypływie altruizmu 
postanowił oderwać Lothara od Licza trzymając go za korone. Nie udało
się. Duszenie wyszło nad wyraz dobrze - głowa została wyrwana i spadła
na ziemie. Owyn usmiechnął się głupio do Licza, napluł mu w oczodół 
i zrobił w tył zwrot. Adrenalina napędzała go w sposób niezwykle 
skuteczny. Licz wykonał kilka płynnych i skomplikowanych ruchów dłońmi.
Owyn zręcznie przeskoczył plątające się pod nogami powoli wstające
trupy. W nagłym odpływie altruizmu, gdy juz był za drzwiami, zamknął je
od zewnątrz. W międzyczasie zgubił pochodnie, ale schody były poprostu
okrągłe, więc jakoś sobie poradził. Krmleh umarł jako człowiek bardzo 
bogaty. 
Pod wieżą zebrała się żywa reszta drużyny, przenocowała we wiosce i
rano zabrała się do roboty. Poszli do karczmy.
-Mówie wam, chłopie, skarbów co niemiara, a wrócić jak widać po naszych
osobach - da sie.
-No tak, ale czterech was było, nie dwóch.
-ja nie mówie, że każdy z tamtąd potrafi uciec, ale że jest to możliwe.
Dlatego też nie proponujemy wam, zebyście życie ryzykowali a tylko
żeby nam troche sprzętu porzyczyć. Tłuszczu, oliwy, oleju skalnego.
Wszystkiego co się dobrze pali. W zamian pozbędziecie się upiorów.
-Dobra. Znjadzie sie, panocku. Może tacy źli skurwiele nie jesteście.
Ale przypilnujemy, zebyście do wieży weszli a nie na rynek pojechali.
-Dobra! No to zgoda. Aa - i jeszcze lekkiego tarana będziem 
potrzebowali.
-Będzie wszystko. - powiedział wójt, szczęśliwy, że spowoduje smierć
swoich wrogów.
Bez kłopotów i perturbacji, pod eskortą chłopów z widłami weszliśmy
do wieży w nieco mniej licznym składzie, ale za to z odpowiednim 
wyposarzeniem; pochodniami, linami, taranem i mieszanką łatwopalną.
Zeszliśmy na dół. Otworzylismy drzwi, zobaczyliśmy pokój, w którym
panowała znana już atmoswera bardzo bardzoa martwego bezruchu. Leżało
też mnóstwo trupów z zego dwa całkiem nowe. Stojąc w wejściu nalalismy
do środka mnóstwo galonów różnych cieczy, zachlapaliśmy nimi całe 
pomieszczenie. Odpaliliśmy od pochodni, zostawiliśmy drzwi dla lepszej
wentylacji. Wyszliśmy z wieży i weszliśmy tam dopiero po kilku 
godzinach. Gdyby nie małe maski gazowe z rękawów pewniebyśmy się ze
smrodu podusili, ale mieliśmy motywacjie.
Krematorium zadziałało. Coprawda trupy nie były czarnym proszkiem, ale
zmiękczyło je nieźle i rozpadały się pod naszymi stopami. A drugie 
wejście było bardziej brawurowe. Chwyciliśmy mały taran, wzieliśmy 
rozpęd jeszcze z korytarza jaki prowadział do pokoju i uderzyliśmy 
licza w klate. Klata się posypała. Licz zaczął się zbierać do walki, ale
nie zdążył, złapaliśmy go za kościste ręce i nogi, bardzo zresztą
wygodne do trzymania. Licz nie jest taki znowu silny, z dwoma sobie
w zapasach nie poradził. Ruchów ręką nie mógł wykonywać a właściwie to 
i nie miał za bardzo co wskrzeszać. Szarpał się strasznie, ale 
zanieśliśmy skurczybyka na góre.
No skończyło się szczęśliwie.
Chłopi zachęceni publiczną sceną przerabiania rzucającego się licza na 
klej biurowy za pomocą tarki do prania, rzucili się do środka i 
wykurzyli wszystko co sie jeszcze ruszało. Owyn znał coprawda dwa 
zaklęcia, ale znał metody. Owyn otynkował wieżę na biało, wywiózł z niej 
wszystkie magiczne sprzęty,  których nie było znowu za wiele.
Korona licza została sprzedana, skarby też. Wieża i tereny wokół niej
uznane zostały za własność Owyna. Owyn i Heineken założyli tam plantacje
buraków. Wkrótce tak zdominowali wieś, że zaczeli mieć ambicje do
tytułów szlacheckich. No bo posiadali wieś, ziemie, Owyn miał siedzibę
wzbudzającą szacunek wśród magów ... i uznanie czarodziejek.
Ale co z tego wynikło, to już zupełnie inna historia.

                                            Albi.
    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl