Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc


                          "Akcja kryptonim: CZOPEK"
                                      by
                                    Alien

       Zapewne  kazdy  kiedys  w  swym  zyciu zrobil, lub chociaz, chcial
     zrobic  cos  niecodziennego,  szalonego,  wychodzacego  poza prawo i
     przyjete  normy.  Wierze, ze nie ma na ziemi istoty, ktora nigdy nie
     splatala  komus figla, nie zadrwila sobie z jakiejs organizacji, czy
     tez  ujmujac  rzecz  globalnie  nie  potrafila  smiac sie z szarego,
     zwyklego zycia.
       Ostatnimi  czasy  nie  dawala mi spokoju ta mysl, zeby cos zrobic,
     jak  to  mowi  piosenka z kabaretu Dudek "co by tu jeszcze spieprzyc
     panowie?". Zdawaloby sie, ze jakis taki pomysl na zart lezy sobie na
     drodze i tylko czeka az go ktos podniesie, zrozumie i urzeczywistni.
     Sprawa  nie  wyglada  jednak  tak  rozowo  jakby sie wydawalo, dobry
     dowcip  powinien byc wyrafinowany, klarowny jak stare wino i pogodny
     jak niebo w srodku lata. Ponadto musialby byc czytelny nie tylko dla
     osob  bezposrednio zainteresowanych, ale i dla innych, postronnych ,
     nie  majacych  na  pozor z cala sprawa nic wspolnego, ale do ktorych
     zart  jest rowniez kierowany. Dobry zart godzi we wszystkich, ktorzy
     maja z nim do czynienia.
       Jak   juz   wspomnialem,   od   jakiegos  czasu  moim,  niejedynym
     bynajmniej,  pragnieniem  bylo  przeprowadzenie jakiejs akcji, ktora
     doprowadzilaby  grono  mych  przyjaciol  do  smiechu,  a dotknietych
     bezposrednio  skutkami  zartu  do szewskiej pasji. Zlosliwosc raczej
     mna  nie kierowala, nazwalbym to "nieodparta pokusa psot". Wreszcie,
     przeciez nikt nie obrazi sie o maly niewinny dowcip, prawda? A nawet
     jesli, to przynajmniej dowiemy sie ze nie ma poczucia humoru. Sprawa
     czysta i przyjrzysta. Od czego by tu jednak zaczac...
       Pomyslow  na  poczatku bylo jak na lekarstwo, do wiekszosci z nich
     potrzebowalem   znacznej  pomocy  kumpli.  Wkoncu  zdecydowalem  sie
     zaprezentowc  kilka  projektow  najbardziej  zaufanym  z towarzystwa
     klasowego.  Ku  mojemu zaskoczeniu najbardziej absurdalne plany byly
     przez  nich  absorbowane  przeciwproporcjonalnie  do majacych szanse
     powodzenia.  Oznaczalo  to  ni  mniej  ni  wiecej tylko przyjecie do
     realizacji  akcji  kryptonim  "CZOPEK".  Dlaczego  "CZOPEK"  i co to
     wogole oznaczalo wyjasnie po drodze. Grunt, ze zgodzili sie przystac
     na  moj  pomysl i pomoc mi go urzeczywistnic. To byl wyjatkowo udany
     dzien,  duzo  roznych  dysput,  narad  i  glosowan. Ech, to takie...
     swojskie?
       Nazwa   akcji   wpadla   mi   do   glowy   samoistnie   za  sprawa
     przeprowadzonej  doslownie  przed  chwila, to znaczy przed tym zanim
     wpadla,  rozmowy  wskrzeszajacej  w  pamieci znany i lubiany (hmm...
     ladny frazes) film "Transpotting". Pozwole sobie przypomniec jedna z
     genialnych  chwil w tym filmie, kiedy to czynsz zanurza sie caly w w
     sedesie  i  nurkuje  wsrod fekalii w nadzeji, ze odnajdzie swoje dwa
     opiumowe  czopki.  Miodzio  scenka,  hmm? Co do szczegolow akcji, to
     mielismy razem, tzn. wspolnymi silami owinac Iskre (to taki samolot,
     szczerze  mowiac nawet dobry, zarowno jako szkoleniowy jak i bojowy)
     wspaniala   jedwabna  duprola,  czyli  papierem  toaletowym.  Pomysl
     przeszedl,  przejscie  do  etapu  wykonania  zostalo  zatwierdzone i
     pozostalo juz tylko czekac na godzine zero, ktora wyznaczylem na noc
     z  20 na 21 wrzesnia br. Wszystko bylo juz zapiete na ostatni guzik.
     Niestety  zpomnialem sie umowic dokladniej w sprawie kupna papieru i
     ostatecznych konsultacji. Chyba nie musze mowic, ze byl to zly znak.

       Godzina 19:38
       Telefon od Mati'ego - nie moze przyjs bo cos mu wypadlo, przerasza
     i zyczy powodzenia (yeach right, mnie nie zalalo ;-/).

       Godzina 21:48
       Telefon od Krisa - Burek nie przyjechal, co sie stalo?

       Godzina 22:05
       Domofon  -  na  dole  jest  Kris  i jest wkurzony. Schodze i razem
     jedziemy  jego starym Volvo kombi na Psiaka, szukac Burka po drodze.
     Jedziemy  niecale  dziesiec  minut,  gdy  dojezdzamy do domu Krisa w
     oddali  zamajaczyla  mi  jaks  sylwetka, ktora zignorowalem (okazalo
     sie,  ze  to byl Burek). Kris parkuje przed domem, dowiaduje sie, ze
     sie  rozminelismy  z  wyzej wspomianym, wiec szybko wsiada i pedzimy
     na  przystanek. Wszystko konczy sie szczesliwie, Burek caly dojechal
     do Wrocka. Zostalo juz tylko pojechac po Tadka i ropoczac akcje.

       Godzina 22:30
       Przed  chwila  minelismy  moja szkole, jedziemy teraz stara, polna
     droga.   Po   prawej   mamy   pole   truskawek,  a  po  lewej  domki
     jednorodzinne.  Tadek  mieszka  na  stancji  pod numerem 20, lub 22.
     Szukamy.
       Nagle,  wsrod  ciszy nocy zaklocanej jedynie przez cicho pracujacy
     silnik  samochodu  rozlega  sie  krzyk kobiety. Odglos przerazenia w
     glosie  mrozi nam krew z zylach. Okolica slynie z takich urozmaicen,
     pol  roku  temu  zadzgano tu kobiete, miej wiecej o tej samej porze.
     Czuje  jak  ze  strachu  i  podniecenia  dretwieju mi konczyny. Kris
     siedzi  obok  mnie i zatrzymuje samochod. Jest blady, bardzo blady i
     wystraszony.
       -  Kris,  czy  Ty  masz  jakies radi w wozie? - pytam z nadzieja w
     glosie.
       - Tu nigdy nie bylo radia - jego glos lamie sie i yrywa pod koniec
     zdania.
       - Fuck.
       Obracamy   sie  do  tylu,  gdzie  siedzi  Burek  i  dopiero  teraz
     zauwazamy,  ze  On sie smieje. Po chwili dochodzi do nas, ze "krzyk"
     byl nagrany na plytce jakiegos chorego zespolu metalowego. Puszczamy
     kilka wiazanek folklorystycznych w kierunku jego upodoban muzycznych
     i  jego  samego.  Tlumaczymy  mu,  ze  w  takim miejscu jak Wroclaw,
     scislej  biorac  pewne  rejony  Psiego  Pola  takie  zachowanie jest
     bynajmniej   nienamiejscu.   Uspokaja  sie  i  przeprasza.  Cholera!
     Naprawde nas tym swoim nagraniem wystraszyl. Po jakiego czorta wzial
     ze soba ten sprzet grajacy?

       Godzina 22:40
       Dojezdzamy do miejsca gdzie mieszka Tadek. Wedlug informacji, mamy
     szukac  zakratowanego  okna na parterze. Niestety od numerem 20 i 22
     sa  takie  same  okna.  Chodzimy  wiec z Krisem kolo plotow i niczym
     jacys zulowie z przedmiescia pokrzykujemy cicho:
       - Tadek! Tadek!
       - Zyebyz go frnca zdiela! Tadek!
       Po  paru  minutach  postanowilem  razem  z Krisem pokonac furtke i
     zadzwonic  do  do  drzwi. Wchodzimy na teren posesji i juz, juz mamy
     siegnac  dzwonka,  gdy  nagle  z  tylu, ni stad ni zowad rozlega sie
     donosne  "WHOW!".  Niezwykle  duze  bydle  jak  na  psa struzujacego
     zasiadlo  sobie  miedzy  nami  a  furtka. Sprytna bestia odciela nam
     droge ucieczki.
       - Alien, sprobuj sie powoli wycofac, dobrze?
       - Spokojnie, tylko powoli, powoli...
       Na  paluszkach  przechodze  obok psa, wyglada jakby pilnowal swego
     wlasciciela  bez  wiekszego  przekonania.  Poza  tym  jednym jedynym
     szczeknieciem,  nieuslyszelismy  go juz wcale. Kiedy znalezlismy sie
     poza ogrodzeniem, pies zniknal tak samo tajemniczo jak sie pojawil.
       Postanowilismy szukac dalej. Wreszcie po jakims czasie, z domu nr.
     20  wychodzi  do nas... no wlasnie, wychodzi do nas nie kto inny jak
     stary  kumpel ze szkoly, spadochroniarz i juz na wstepie oznjmia, ze
     Tadka  nie  ma i nie wiadomo kiedy bedzie. Co tu duzo mowic, wpuscil
     nas  do  srodka,  dzieki  czemu  obejrzelismy  jeden  z niedzielnych
     odcinkow  "Latajacego Cyrku Monthy Pytona". Pogadalismy, posmialismy
     sie  i  postanowilismy  odwiesc przy okazji jeszcze jednego kolege z
     klasy, ktory akurat dziwnym trafem znajdowal sie na stancji u Tadka.
     Wolalem  nie  wnikac glebiej w szczegoly jego tam obecnosci, Kriss i
     Burek  takze.  Po  obejrzeniu  "Monty Pytona" postanowilismy odwiesc
     naszego  niespodziewanego kolege do internatu, a potem spokojnie, ze
     spuszczonymi  glowami wrocic do domow. Wiedzieli juz tak samo dobrze
     jak  Ja,  ze  akcja  "Czopek" nie dojdzie dzisiaj do skutku i lepiej
     jest   odlozyc   ja   na  inny  termin  niz  zrobic  cos  glupiego i
     niesmacznego,  np.  wytoczyc  "Tupolewa" na srodek boiska (wlasciwie
     biorac pod uwage nasz stan liczebny byloby to nawet niewykonalne).

       23:00
       Jestesmy  u  mnie  w domu, mowie w liczbie mnogiej z powodu Burka,
     ktorego  postanowilem  przenocowac  (i  tak nie mial juz pociagow do
     Olesnicy, a po kiego mialby sie pchac stopem), okazalem w ten sposob
     te   tak   nieczesto  widoczna  wspolczujaca  strone  mego  twardego
     serduszka (chyba nie okazalem slabosci? ;-))

       Jak  wynika z powyzszego tekstu akcja "Czopek" nie zostala w pelni
     wykonana.  Najwiecej bylo w tym wszystkim mojej winy, ale jakos nikt
     nie  bral  mi  tego  za  zle. Okazalo sie, ze sam pomysl byl czyms w
     rodzaju  przelomu,  byl  to sabotaz na wieksza niz dotychczas skale.
     Wreszcie  ktos odwazyl sie zrobic cos, co ujrzalaby cala szkola, juz
     nie waskie grono, klasa, ale cala spolecznosc LZN-u. To bylo cos, co
     ponownie  wykrzesalo  odrobine  inwencji, moze troche spaczonej, ale
     jednak.   Bylem   dumny,zadowolony   ze  to  wlasnie  mi  dane  bylo
     poprowadzic  ten  pierwszy  zryw,  wzniecic zarzewie buntu przeciwko
     normalnosci.  Wolalbym  oczywiscie zeby akcja doszla do skutku i aby
     powiodla  sie  w  stu procentach, czulem niedosyt i zal. Pocieszenia
     kumpli  na  niewiele sie zdaly, obiecalem im cos na osuszenie lez. I
     tym razem dotrzymalem slowa.

       W  dwa dni pozniej nasmarowalem jednemu takiemu, co mu sie zreszta
     nalezalo  buty pasta do zebow. To byly buty z gatunku tych wysokich,
     skorzanych, z blacha w srodku, mialy piekny bordowy kolor ;-)
       W  trzy  dni  pozniej  nakarmilem  kilka  osob  (z mojej klasy juz
     niestety)  "specjalnymi  chrupkami"  (czytaj:  sucha karma dla psow,
     ktora   zwedzilem  swojemu  psu  zaczepno-obronnemu)  i  bylo  wiele
     radosci.  Po  tym  jak  wszystko  wydalo musialem oczywiscie jeszcze
     udawac  wobec  nich  calkowita niewinnosc, tylko nieliczni mogli sie
     bawic razem ze mna.
       Rada  dla innych nie wsypujcie nikomu sody oczyszczajacej do piwa.
     Osoba ktora wypije podobnego "drinka" ma ogromna szanse spedzic cala
     noc nad muszla, wzglednie umywalka ;-)

       Koncze,  wnioskujcie sobie sami. Wszystko to co przydarzylo mi sie
     w  tych  dniach, bylo wynikiem jakiegos potwornego, umyslowego fatum
     jakie towarzyszylo mi nieodlacznie sprowadzajac na otoczenie zaglade
     i zniszczenie.
 
       Bylo  minelo.  Akcja  "Czopek"  odbedzie  sie  w  najblizszy wolny
     weekend.  Do  zobaczenia,  w  przyszlosci  z jak najmniejsza iloscia
     podobnych wrazen odczutych na wlasnej skorze.
       Zyczy wam tego Tomasz C.

       Alien ;-)

       P.S. ( Sam nie wiem co o tym wszystkim sadzic ;-/)





    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl