Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc


                            "Marynarze i Zeglarze"
                                      by
                                    Alien

        Arek  byl,  jak  to  mowia,  milym  i  schludnym  chlopcem.  Mial
     dwadziescia dwa lata, nosil sie czysto i codziennie myl zeby. Osoby,
     ktore  stykaly  sie  z  Arkiem  na  codzien  nie  zwracaly  na niego
     najmniejszej  chocby  uwagi,  bylo to wynikiem mizernej postury tego
     mlodego  mezczyzny  o kasztanowych, krotko przystrzyzonych wlosach i
     brazowych,  roziskrzonych  oczach.  Wlasnie  te jego oczy czynily go
     interesujacym,  podczas  rozmowy  skupialy  na sobie uwage rozmowcy,
     byly zywe i intelgentne podobnie jak ich wlasciciel. Zwyczajny dzien
     Arka  wygladal  jak  tysiace  innych  dni  dla  innych,  zupelnie mu
     przeciez  obcych  ludzi,  ktorych poza przynaleznoscia, oj klocilbym
     sie, do tego samego gatunku nic ponadto z nim nie laczylo. Ranek byl
     wczesny,  zaraz  po  przebudzeniu nastepowalo mycie, ubieranie sie i
     zejscie na dol po sniadanie.
        W  wypadku  Arka, ktory mieszkal w akademiku w miescie Y, problem
     rysowal  sie  wlasnie  w tej chwili. Po zejsciu na dol, mniej wiecej
     okolo  godziny  dziewiatej  wychodzil  na  ulice i skrecajac w prawo
     szedl  przed  siebie  mijajac  po  drodze dwie przecznice. Wreszcie,
     zaraz  przed  trzecim  skrzyzowaniem przystawal na moment, rozgladal
     sie  dookola  jakby  sprawdzal  czy  sie  aby nie zgubil i po chwili
     wachania   wchodzil   do   jedynego   na  tej  akurat  ulicy  sklepu
     spozywczego.  Kupowal  tam  zawsze  to  samo:  kefir, zwykla bulke i
     tabliczke mlecznej czekolady "Wedla". Placil zawsze wszystko, ale za
     to  najmniejszymi  klepakami,  jakie  tylko  udalo mu sie wyszukac z
     kieszeni.  Zazwyczaj zamienial slowko z przypadkowym klientem, cos w
     stylu  "Tak  naprawde  to ja przyszedlem po papierosy", albo "Piekna
     pogoda  prawda? Moze jeszcze bedzie padac". Wnikliwy obserwator jego
     drogi  zauwazylby  pewnie, ze Arek wcale nie musial chodzic po swoje
     sniadanie  tak  daleko.  Po drodze z akademika znajdowalo sie bowiem
     piec  innych  sklepow,  w  tym  trzy  spozywcze,  jeden  obuwniczy i
     sexshop. Oczywiscie na rogu bylo jeszcze solarium oferujace wanny do
     opalania  po  sto tysiecy zlotych za godzine, co byc moze przydaloby
     sie komus, ale i tak nie bylo o czym mowic bo szyld byl sprzed dwoch
     lat,  a wanien chyba niegdy nie bylo. Wracajc Arek jadl powoli swoja
     bulke  i  popijal  kefirem,  czekolade  wkladal  do  tylnej kieszeni
     spodni.  Gdy doszedl juz do akademika, krecil sie przez chwile przed
     jego  wejsciem,  a  potem szedl dalej, to znaczy na lewo od glownych
     drzwi.  Dochodil  do  nastepnego  akademika,  poczym zawracal. W tym
     czasie  konczyl  juz  pierwsza czesc uczty i powoli, z namaszczeniem
     zabieral sie do czekolady.
        Reasumujac: kiedy ponownie zjawil sie w akdemiku, nie mial juz co
     jesc.  Szedl  na gore, wchodzil do swojego pokoju, siadal na lozku i
     gapil  sie  na  lezace na stole naprzeciwko niego ksiazki. Trwal tak
     moze  przez dziesiec minut. W pokoju panowala absolutna cisza, tylko
     jedna,  nieduza  nawet  mucha  bladzila  wsrod labiryntow wzorzystej
     firanki,   udajacej  z  koleji  ze  ukrywa  swego  wlsciciela  przed
     ciekawskimi  oczyma przechodniow, chociaz biorac pod uwage, ze pokoj
     Arka  znajdowal  sie  na  siodmym  pietrze  mozna  bylo  rozpatrywac
     jakakolwiek  obecnosc  pod  bardzo  malym katem. Wyjawszy oczywiscie
     ptaki i wszedobylskie owady.
        Za oknem zaczynalo sie robic jasno, dochodzila godznina dziesiata
     i  najwyzszy  czas by cos wreszcie zaczac robic. Arek mial tego dnia
     miec  wolne.  Dlaczego  wiec  wstal  o  tej  samej  co zwykle porze,
     dlaczego  nie  wylamal  sie  z  codziennego  rytmu  pracy, z jakiego
     powodu  nie  dal  odpoczac  zszarpanym  egzaminami nerwom? Zwyczajny
     czlowiek  poswiecil  by  dzien  wolny,  bez zajec, na odpoczynek, na
     przyslowiowe  byczenie  sie.  Wlasnie  dlatego Arek byl inny. Czesto
     mowil,  ze  nie  ma  sensu  robic  czegos,  co w gruncie rzeczy jest
     watpliwa  przyjemnoscia.  W  pewnym  sensie  mial  racje, ale nie do
     konca.  Odpoczynek  jest  naturalna potrzeba czlowieka - prawda. Aby
     zapewnic   sobie   spokoj   i  chwile  relaksu  jestesmy  zdolni  do
     najwiekszych  nawet  poswiecen, czesto kosztem wlasnego zdrowia, lub
     pracy.  Wniosek  jest prosty: przyjemnosc taka nie jest nia w pelni,
     poniewaz  wymaga  od  nas  wiekszego  nakadu  pracy  i  wielu, wielu
     roznych  poswiecen.  Oczywiscie  ktos  zaraz powie, ze na odpoczynek
     trzeba sobie zasluzyc, ale niech sie lepiej zastanowi co sam rozumie
     pod   tym  pojeciem.  Wlasnie  tak  pojmowal  wypoczynek  Arek,  byl
     szczesliwy  i  nie przejmowal sie zbytnio niepowodzeniami, co z gory
     stawiolo go w lepszej sytuacji.
        Pewnego  dnia  stalo  sie jednak cos, co wprawilo caly akademik w
     poruszenie.  Pierwsze  zalazki  niepokoju  objawil  pan stroz, ktory
     codziennie  rano  widywal  Arka  gdy  ten wychodzil po zakupy lub na
     uczelnie.  Przyzwyczail  sie  do  tego  ewenementu tak bardzo, ze od
     razu,  automatycznie  zauwazyl  ze  cos  niedobrego dzieje sie wokol
     niego.  Nastepny w kolejce byl sasiad z pokoju obok, ktory korzystal
     z  prysznica  tylko  we  wtorki,  czawartki, soboty i niedziele. Byl
     akurat  czwartek,  a  Arek rowniez o tej porze szedl pod prysznic. W
     godzine  pozniej  kilka  osob  z  jego  grupy zauwazylo jego brak na
     zajeciach.  O  godzinie  dwunastej  ktos  przyszedl do jego pokoju z
     jakas  sprawa,  pukal  w  drzwi, ale nikt nie odpowiadal, wiec sobie
     poszedl.  Stroz  bardzo  zdziwil  sie informacja, ze pokoj numer 239
     jest  pusty. Od rana nikt nie widzial lokatora tego mieszkanka, a co
     wazniejsze  nikt  rowniez  nie zauwazyl chwili w ktorej jego lokator
     wyszedl  na  zewnatrz.  Zaszlo  podejrzenie, ze stalo sie cos zlego,
     rzucono  propozycje  by to sprawdzic. Panie w stolowce, ktore prawie
     wcale  Arka nie znaly zaczely sobie opowiadac rozne historie na jego
     temat,  byly  to  opowiesci  typu  "z  pierwszej  reki".  O godzinie
     pietnastej  kilka osob postanowilo sprawdzic sprawe i dowiedziec sie
     co  sie  stalo.  Stroz  ulegl  po  krotkiej  perswazji  kierowniczki
     akademika  i  poszedl  razem  z  zaaferowanym  towarzystwem na gore.
     Pokoj  numer  239,  w  ktorym  mieszkal Arek byl zamkniety. Wewnatrz
     panowala  cisza,  kierowniczka  zdecydowala sie na krok ostateczny i
     postanowila  otworzyc  drzwi  swoim  sluzbowym  kluczem. Po jakiejsc
     chwili,  ktora  zostala  przeznaczona  na  krotka  dyskusje na temat
     "ktory  to klucz i czy aby na pewno mamy prawo" drzwi staly otworem.
     Pokoj  byl pusty. Nieliczac papieru toaletowego stojacego na szafce,
     wszystko  bylo  na  swoim  miejscu, to znaczy ze wygladalo tak jakby
     ktos  tu  mieszkal  i  tylko na chwile wyszedl po cos, lub do kogos.
     Tylko jedna rzecz burzyla cala wytworzona sztucznie harmonie zycia -
     okno.  Bylo  otwarte,  na  zewnatrz  padal  drobny deszczyk. Firanka
     powiewala  w  takt grajacego na jej delikatnych nitkach wiatru, okno
     bylo  zablokowane  sterta ksiazek, ktore swe podstawy gubily jeszcze
     na  podlodze.  Klopotliwa  cisze  przerwal  stroz, podszedl do okna,
     rozejrzal   sie   po  scianach  obwieszonych  astronomiczna  iloscia
     widokowek  i  listow,  po  czym  wyjrzal  przez  okno. Byl to raczej
     odruch,  niz  chec  spenetrowania  sytuacji  na zewnatrz. spojrzal w
     niebo,  mrukal co o jesieni i o tym ze niedlugo bedzie musial zaczac
     chodzic  w swetrze, przeniosl wzrok w bok, a potem w dol. Zawsze bal
     sie wysokosci, ale lubial sobie sprawiac te perwersyjna przyjemnosc,
     wystawienia  sie  na  delikatne  ryzyko  zawrotu  glowy.  Uwazal, ze
     czlowiek  powinien zwalczac swoje slabosci, ale w gruncie rzeczy byl
     tylko  masochista,  do  czego  zreszta  nie  chcial sie przyznac. Na
     trawniku,  w  parku  za  akadmikiem,  zaledwie pare metrow od sciany
     budynku,  zauwazyl cos co bardzo go zaniepokoilo, a gdy juz pojal co
     to  jest pobladl i odwrocil sie do kierowniczki stojacej tuz za nim.
     "Jest na dole" powiedzial cichym, lamiacym sie glosem.
        Arek  lezal  na  trawniku, z glowa przekrecona w bok. Rece i nogi
     byly  jakos  nienaturalnie powykrecane, wydawalo sie ze jego sylweta
     zaraz poderwie sie z ziemi i spojrzy w oczy stojacych nad nim gapiow
     ,  ze  ujrza  jak  trup  patrzy  na  nich z jakim tragicznym wyrazem
     twarzy,  z  zalem  lub, co gorsza niewypowiedianym pytaniem. Wlasnie
     tego  obawiali  sie  Ci  ktorzy  przyszli  zobaczyc  co  sie stalo i
     dlaczego  wszyscy  tak pedza do parku za akademikiem. Ciekawscy bali
     sie,  ze  Arek  zaraz wstanie i popatrzy na nich swioimi strasznymi,
     duzymi,  blyszczacymi teraz w jakis nadanturalny sposob oczyma. Poza
     malym  zadrapaniem  na prawej rece nie bylo zadnych innych znakow po
     ktorych  mozna  bylo okreslic, ze cos mu sie stalo. Ostatnia rzecza,
     ktora do reszty zmrozila krew w zylach obecnych byl kolor sciolki na
     ktorej  lezal  trup.  Byla  ona czerwono brunatna, na kilku zdzblach
     obok  glowy  Arka  krople  krwii  zachowaly  swa  szkarlatna nature,
     oglaszajc  wszem  i  wobec  wszystkim  zgromadzonym  swoj triumf nad
     czasem.
        Po pogrzebie, ktory odbyl sie w sobote zycie akademika wrocilo do
     normy.  Czasem  tylko  ktos  przechodzac  obok pokoju 239, ktory byl
     teraz  zapieczetowny  i  zamkniety,  zerkal  ukradkiem  na drzwi. Po
     chwili jednak szybko odwracal przestraszone oczy, wiedzial, ze jesli
     zacznie sie zastanawiac nad smiercia Arka do niczego nie dojdzie, co
     najwyzej  przybedzie mu troche siwych wlosow. Kazdy z nas jest inny,
     tylko  w obecnosci wiecznosci staramy sie siebie nawzajem zrozumiec.
     Samobojstwo  Arka  nie  dalo  sie wytlumaczyc w jakikolwiek logiczny
     sposob,  ot  byl  i  go  nie  ma.  Mial  klopoty jak kazdy, problemy
     zyciowe, prace i zszarpane nerwy. Zachowywal sie wzglednie normalnie
     i  nic  nie wskazywalo na tragiczny koniec jego kariery wsrod ludzi.
     Byl czlowiekiem, wiec mial prawo do swojego zycia, i smierci.
     
        Epitafium:  Nic  co  nalezaloby by tu powiedziec o samym Arku nie
     jest  warte  ani  jednego  slowa,  przynajmniej nie po jego smierci.
     Jednak kilka spraw nadal nurtuje moj umysl. Winic go za to co zrobil
     nie  mozna,  bo byl czlowiekiem. Miec do niego zal o to, ze zostawil
     rodzine  i przyjaciol w zalobie tez nie, bo przeciez smierc mogla go
     zabrac kiedykolwiek, chocby pod kolami tramwaju. Skoro wiec przyjmie
     sie  teorie  o  kruchosci  ludzkiego  istnienia to powinnismy byc mu
     wdzieczni  za  to,  ze  otworzyl  nam  oczy  na inny swiat. Byc moze
     rzeczywistosc,  w  ktorej nas zostawil bedzie pustsza i smutniejsza,
     ale  przynajmniej  prawdziwsza i realniejsza. Arek nie byl tchorzem,
     raczej  pionierem  i  poszukiwaczem  lepszego bytu. Skoro jednak nie
     znalazl go w tym swiecie, byc moze znajdzie go w innym. W najgorszym
     razie byl to ostatni jego przystanek do stacji "Niebyt". Przyznajcie
     mu jednak racje, ze lepiej juz wogole nie istniec, niz byc byle jak.

                                                                    Alien

                                   9-10-98


    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl