Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

No coz, nie wiem czemu wczesniej tego nie wyslalam, ale teraz to robie
pod naciskami licznych osob. Moze nie jest to nic ciekawego, ale
ciagle slysze pytania "jak to sie stalo" a wiec niech ci to sobie
czytaja :-)
******************************************************




Jesli szukacie krwi i tragicznych wydarzen nie znajdziecie tu nic dla
siebie,
jesli nie macie czasu do marnowania na czytanie nudnych tekstow
pelnych bledow to nawet nie probujcie tego czytac.
To jeden z takich tekstow.

Historia pewnej Obcej ktora miala niezniszczalny szkielet
----------------------------------------------------------------------
-------------

motto: Ona ma sile, nawet nie wiesz jak wielka
Bedzie spadac dlugo, potem wstanie lekko...

Dane techniczne:
Miejsce wypadku: Podzamcze
wysokosc skaly: 6 metrow i 15 cm (mierzyl Josh ale nie ma stu
procentowej pewnosci, ze to byla wlasciwa skala :-))
czas lotu: Nie zostal zmierzony
tepo spadania: umiarkowane
rozpoznanie z Zawiercia: rozerwanie spojenia lonowego, stluczenie
pecherza i klatki piersiowej.
przewidywany czas lezenia: dwa miesiace.
rozpoznanie z Bielska: skrecenie spojenia lonowego i lewego biodra,
stluczenie klatki piersiowej i pecherza moczowego
autentyczny czas lezenia: dwa tygodnie.

zastosowano leczenie hormonalne, ktore przeprowadzil z dobrym skutkiem
doktor Madej ;-)
Zdjecia do wgladu u Ann udostepniane przy odwiedzinach :-)

***
        Ann spadla z szescio metrowej skaly i nic sobie nie zrobila.
Nic, a nic. To znaczy jej szkielet pozostal nienaruszony :-)
Ma dwa siniaki na rece, sa barwy lekko zoltej i maja srednice
ok.1,5cm.
Ale tak naprawde malo kto je dostrzegl, bo sa naprawde bardzo
malutkie.
Ann nie moze chyba jeszcze chodzic, ale nie jest to calkiem pewne,
jako,
ze w swym lenistwie woli tego nie sprawdzac, bo Madej powiedzial,
ze jak bedzie juz mogla chodzic, to nie bedzie przy niej siedzial i
sie
nia opiekowal. Ale nalezalo by zaczac od poczatku, czyli od
Ogrodzienca.
***
            Obcy w Ogrodziencu.
czyli gdzie konczy sie las...

Ann byla Obca, bo Goth ja do tego namowil. Ann nie chciala grac w
larpa, ale jak juz sie dala namowic, to wcale nie zalowala. Bala sie
wprawdzie biegac po lesie gdzie roilo sie od zlych Marines ktorzy
swiecili po oczach latarkami. Bo Ann obawiala sie, ze zabladzi, albo
skreci sobie noge, czy rozbije kolano. Nie wazne. Dosc, ze Ann zostala
z Matka, by jej bronic i razem z nia obmyslac strategie walki.
Siedzialy sobie skulone i czekaly na wiadomosci z frontu. Kilka razy
latarki migotaly niebezpiecznie blisko, ale nie bylo to bardzo
straszne, bo galezie drzewa prawie calkowicie zaslanialy je przed
niepowolanymi odserwatorami. Wyslaly nawet jednego z Obcych (ktorego
imienia nie wymienie ;-) by sprawdzil, czy zli marines nie moga ich
zajsc od tylu.
- Tutaj jest przejscie, ale oni tedy raczej nie przyjda- powiedzial, a
one poczuly sie bezpieczne majac za soba droge ewakulacji. Ustalily
wiec plan, ze w razie czego cofaja sie konsekwetnie w las. Nie mialy
wiec watpliwosci, gdy przed nimi pokazaly sie swiatla latarek. Matka
wsunela sie pod leszczyne ktora rosla obok, a Ann wturlala sie w pod
rozlozyste galezie drzewa ktore roslo za nimi i wtedy las sie
skonczyl...

***

Lece, lece, spadam. Powoli, spokojnie. Szybuje, a potem opadam szybko.
Lece rozluzniona w moim dziwnym snie, a potem nastepuje upadek i budze
sie nagle. Dopiero po chwili widze, ze jestem w lesie. Dlaczego spie w
lesie. Nie moge sie podniesc. Zli marines, obcy powoli wraca mi
swiadobosc, ale skad tu sie wzielam. Pamietam jak leze zaczajona w
trawie kolo matki prawie nie oddychajac. Swiatla migaja w mroku coraz
blizej i blizej, a potem odchodza i powracaja chyba zasypiam, a potem
ten dziewny sen i kiedy sie budze nie ma juz Matki, a w okolo jest
tylko ciemnosc. Nie moge sie podniesc. Chyba naprawde spadlam, tylko
jak to mozliwe by las tak poprostu sie skonczyl i zacza sie nizej...
Ktos biegnie. To dobrze, bo zaczynam sie bac, czuje jakbym miala juz
umrzec, nie moge sie poruszyc, nie moge oddychac i tak strasznie sie
boje, a najgorsze jest to, ze nic mnie nie boli, tylko wszystko jest
dziwnie szare i falujace jakbym miala juz odejsc lada chwila w
ciemnosc...

***
        Jak przebiegala akcja ratownicza, czyli moi dzielni marines.

Pierwsza rzecza jaka pamietam z akcji ratowniczej jest zastanawianie
sie na glos, czy aby napewno trzeba przerwac gre i wzywac karetke, bo
to moze nic powaznego. Potem ktos zaswiecil w gore i zakrecilo mi sie
w glowie, teraz juz na powaznie balam sie sprawdzic, czy moge sie
poruszyc. Wysokosc byla przerazajaca.
-Nie pokazujcie mi zkad spadlam, czy nie uczyli was w szkole, ze to
moze wywolac szok pourazowy?- Wydarlam sie.
- Mozesz sie ruszac?
-Zaraz sprawdze- Poruszylam palcami. Ruszaly sie. Potem cala reka.
Byla w piorzadku. Druga tez. Uff. To znaczy, ze bebe mogla pisac,
znaczy, ze jest niezle. Potem noga. Tak strasznie balam sie nia
poruszyc. Co bedzie, jesli cos jest nie tak? Lepiej nie sprawdzac.
Sprawdzilam. Ruszala sie. Druga tez. W dole brzucha mialam jeden
wielki kamien. Nie wiedzialam, czy boli, po prostu byl calkowicie
scisniety.- Przerwijcie gre i lepiej dzwoncie po karetke, nie mam moze
zlamanego kregoslupa, ani wstrasu mozgu, ale jest zle...
Dalej akcja zaczal zarzadzac Madej i robil to calkiem niezle tak ze
tylko slyszalam wydawane w mroku komendy: "idzcie zadzwonic po
karetke", "powiedzcie wszystkim, ze gra skonczona","wszyscy pomalowani
niech szybko ida do obozu". Wtedy nie wytrzymalam
-Madej, ja tez jestem pomalowana...
-Co????
Swiatlo latarki oslepilo mnie i wszyscy ktorzy staki kolomnie musieli
zobaczyc moje zielone usta i policzki, niebieskie oczy i szope
natapirowanych wlosow, w ktorych pelno bylo patykow i lisci...
- Boze, zaraz tu bedzie karetka, dajcie chusteczke. Szybko.
Potem czulam tylko jak ktos kawalkiem chusteczki probuje oczyscic mi
twarz,  co zdaje sie nie szlo najlepiej. Z wlosami nie dalo sie zrobic
nic.
- pamietaj poszlas do lasu pochodzic i nie zalwazylas przepasci, nie
bylo zadnej gry, zadnych obcych i zadnej...
- Madej, ja nie upadlam na glowe, naprawde, wiem, co mowic...
Potem zajelam sie dalej badaniem swojego ciala i juz po chwili
wiedzialam, ze nie mam krwotokow wewnetrznych, zlamanych rzeber, ani
otwartych ran. Dalej nie moglam sie ruszyc i nawet wiedzialam co mi
jest. Miednica. Prawa strona mojej miednicy, bardzo nie chciala, zebym
sie ruszala. Kiedy wiedzialam juz co mi jest uspokoilam sie nieco. I
wtedy uslyszalam jak Aragorn nad moja glowa opowiada Madejowi co
zrobili marines, kiedy Madej juz "zginal" i nie mogl nic zrobic...
No tak. Ja tu leze i umieram a on najspokojniej w swiecie mowi sobie o
larpie. Nie bedzie tak.
- jest mi zimno-powiedzialam i odrazu wszyscy zaczeli zdejmowac kurtki
i bluzy- Madej, przeciez ty masz koc w plecaku...-Przypomnialam mu, bo
utkwil mi w pamieci jego jak sie okazuje, wcale nie glupi pomysl,
zebym dala mu koc ktory mozna wepchnac do plecaka, bo marines nie moze
miec pustego plecaka. Wtedy myslalam, ze pomysl ten byl glupi, potem
natomiast przemknelo mi przez mysl, ze moze poprostu Madej mial
"kobieca intuicje". Tak wiec zostalam przykryta kocem i kurtkami i
bylo mi cieplej.
-czy ktos moze pomasowac mi noge?
Wiec Aragorn ktory stal najblizej zacza masowac mi noge, bo cala mi
drgala i chodzily mi po niej dresze. Mozliwe, ze Aragorn dobrze zna
sie na nogach, ale ze w miedzy czasie opowiadal dalej Madejowi o
strategii Marines wzgledem Obcych, to jego zabiegi byly nader nie
delikatne... Pomyslalam wiec tylko, ze cale szczescie, ze nie mam
zlamanej nogi, ktora mozna by mi nastawic...A potem zasugerowalam
subtelkie, ze moze sie zmeczyl i niech go ktos zmieni. Zwlaszcza, ze
dobrze pamietalam, jak na Krakonie chcial mi urwac glowe, a w danej
chwili naprawde nie bylam w nastroju do takich pieszczot ;-) Wtedy
zmienil go Sopel i robil to az nadto delikatnie wiec moglam sie nieco
odprezyc i czekac cierpliwie na karetke oraz popisywac sie
niesamowicie, bo zlapalam glupawke :-)
Potem zabrano mnie do szpitala i tam przeswietlili mnie gruntownie
potwierdzajac moja djagnoze, to znaczy nie zupelnie rozpoznanie bowiem
brzmialo: rozerwanie spojenia lonowego, oraz stluczenie klatki
piersiowej.
Kiedy juz dowiedzialam sie, ze z moim kregoslupem nic nie jest, ze
moja glowa jest w porzadku, a za dwa miesiace bede chodzic,
zadzwonilam do rodzicow i oznajmilam im pogodnym glosem, ze nic mi nie
jest, ale przez nastepne dwa, miesiace nie moge sie ruszac :-)
Acha zapomnialam o najwazniejszym. Do szpitala przyjechali za mna
Madej, Elcia, Sopel i Aigor. Panie nie chcialy ich wpuscic, ale
zmiekly w koncu i wszyscy czworo razem i na zmiane rownoczesnie i po
kolei dodawali mi odwagi.
Potem musieli juz isc i jak juz poszli to z kolei ja sie rozplakalam,
bo stwierdzilam (dopiero teraz) ze to bardzo smutne lezec przez dwa
miesiace na wznak i sie nie ruszac. Potem przyszla pielegniarka dala
mi jakies prochy od bolu i zasnelam.

Poniedzialek czyli pierwszy dzien w szpitalu

Pierwszego dnia przekonalam sie, ze szpitelnego jedzenia nie da nie
jesc. Przyszedl do mnie Madej i byl bardzo biedny i caly dzien
siedzial przy lozku i wszystko robil, bo nie moglam sie ruszac. Dawal
mi pic, karmil mnie objadkiem, myl mi nozki, bo nie boglam ich umyc
sama, poprawial mi poduszki i nakrywal kolderka, patrzyl sie na mnie
zatroskanym wzrokiem i caly czas byl bardzo biedny i musialam go
pocieszac i mowic mu, ze nic mi nie bedzie...

Wtorek 28 lipca czyli drugi dzien w szpitalu.

We Wtorek znudzilo mi sie lezec, ale na szczescie zaraz przyszedl
Madej, Gwozdziu, Elwa, Psyborg i Josh (jesli kogos pominelam, lub
dodalam, to nie miejcie zalu, ale mialam goraczke i bylam nie wyspana)
potem zostal tylko Madej i byl naprawde dzielny i wszystko robil, co
tylko trzeba bylo.Co nie umiejsza bynajmniej zaslugi pozostalej
czworki ktora mnie obcalaowala, co bardzo mnie podbudowalo i odrazu
poczulam sie lepiej.

No i nie wiem w koncu kiedy dostalam kartke ze stadem malp i zolta
kaczuszke na ktora podrywalam potem pielegniarzy, ale to juz zupelnie
inna historia... ;-)

Sroda 29 lipca czyli trzeci dzien w szpitalu.

Odkrylam, ze moge usiasc, choc nie na dlugo, bo to boli. Udalo mi sie
nawet samej umyc nozki, ale nie przyznalam sie przed Madejem i potem
umyl mi jeszcze raz :-)
Przyszli do mnie Mylady, MacKanack, Jeboach, Josh i oczywiscie Madej.
Wszyscy byli bardzo mili i kochani i mnie obcalowali, co mnie jak
zawsze ucieszylo :-) Potem zupelnie niespodziewanie zjawili sie
Grzesiek i Simon z mojego bractwa rycerskiego i zaskoczyli mnie tym
zupelnie, zwlaszcza, ze przywiezli kwiatka w doniczce, ktorego nie
pozwolono im wniesc na sale. Wydawali sie nieco zaskoczeni, ze nie
jestem od stop do glow w gipsie, bo to od mojego taty slyszeli o
wypadku a tata powiedzial, ze spadlam z 11 metrow...

Czwartek 30 lipca. Czwarty dzien.

Siedzialam juz prawie caly dzien i nie moglam sie doczekac kiedy sobie
gdzies pojde. Wieczorem zabrali mi juz karte, bo rano mialam byc
przewieziona do Bielska. Madej siedzial przy mnie caly dzien i potem
przyjechala moja mama. Niestety nikt wiecej nie przyszedl, ale zdaje
sie, ze mieli cos ciekawego do roboty :-) Wieczorem Madej musial
wracac do Warszawy i zostalam sama.
Acha i jecze napisze o pewnej staruszce ktora rozmawiala z Madejem:-)
  Prosze pana...
  Slucham?
 Prosze mi pomoc wstac...
 Ale pani nie moze chodzic, pani ma zlamana noge.
 Prosze pana, niech mi pan tylko pomoze sie podniesc, ja
sama pojde
 Ale pani nie moze chodzic...
 Ja sie tutaj niechcacy znalazlam. Weszlam za taka mloda
pania i potem nie wiedzialam jak wyjsc...
 to trzeba lekarza zapytac jak pani chce wstac.
 On jest pewnie zajety, nie trzeba go denerwowac, po co go
mamy niepokoic...
 Ale on tu jest szefem
 tak? Acha... Niewiedzialam...

Staruszka uspakaja sie na chwile i mysli. Po chwili wola znowu
  Prosze pana...
  Slucham?
 Prosze mi pomoc wstac...
 Ale pani musi tu lezec...
Wiem, ale ja tylko pojde sie zameldowac, ze tu leze. Bo
nikt przeciez nie wie, ze ja sie tu polozylam... Ten lekarz moze sie
zdenerwowac, ze sie nie zameldowalam...

Piatek 31 lipca. Piaty dzien.

Rano przyjechala karetka i zabrala mnie do Katowic. Tam mialam
przesiadke i inna karetka zawiozla mnie do Bielska. W Bielsku bylam
przed dwunasta tak ze zdazylam zjesc objad i przekonac sie, ze
jedzenie w Bielsku wcale nie jest mniej okropne...
Odbyla sie tez tego dnia przemila rozmowa z lekarzem:

 Mam dla pani dobra wiadomosc.
 Jaka?
 Nie bedziemy pani tych dziur w kolanach wiercic.
 No bo i po co mi jakies dziury w kolanach...
 nie powiedzieli pani?
??????
 Napisali pani w rozpoznaniu, ze ma pani rozerwane spojenie
lonowe, zwykle w takich wypadkach wierci sie w nogach dzury i wkreca
sie sruby, do tego przymocowuje sie wyciag i sie rozciaga nogi na
boki, zeby to sie naszlo...
 Ze co? Nic sobie nie pozwole wiercic...
 No mowie pani, ze mam dobra wiadomosc i ze nie bedziemy.

Od tego momentu w rozpoznaniu pisano mi stluczenie spojenia lonowego.

Sobota 1 sierpnia. Szesc dni po wypadku.

Przyjechal Jeboach. Mialam z kim nareszcie porozmawiac. Dowiedzialam
sie, ze Gwozdziu podobno byl zly na mnie za moja spiskowa teorie
wypadku i to dlatego juz wiecej nie przyszedl... No wiec spiskowa
teorja wypadku zostaje zatajona. A Jebcio jak juz przyjechal, to razem
z moja siostra umyl mi glowe, wiec poczulam sie odrazu lepiej i bedzie
mu to zapamietane :-)

Niedziela 2 sierpnia. Dzien siodmy.

A siodmego dnia zrobilismy spotkanie btactwa u mnie w szpitalu, bo
musialam podpisac im jakies dokumenty na turniej (tak to jest jak sie
rzadzi banda rycerzy :-)) Musialam udawac, ze wcale mi nie szkoda, ze
zostaje, chociaz czekalam na ten turniej od roku. Chyba mi sie udalo
nic po sobie nie dac poznac, ale pomimo tego czulam sie fatalnie.
Potem wparowal Darek Paczkowski ze Stowarzyszenia Ekologicznego "Klub
Gaja" i oznajmil mi, ze jak tylko wyjde odpowiem za zniszczenie
drzewa, ktore spadajac ogolocilam z galezi... ;-)
Nic z tego. Mam go w garsci, trzeba mi bylo nie przynosic do szpitala
cietych kwiatow ;-)

Poniedzialek 3 sierpnia. Dzien osmy.

Rano wpada ordynator szpitala i nie patrzac nawet na mnie rzuca do
jakis lekarzy i pielegniarek:
-Prosze zrobic zdjecie kregoslupa ledzwiowo kzyrzowego i zdjecie
miednicy na stojaco przez tubus.
Na stojaco? Przez tubus? Tak jeszcze tego nie robilam mysle i nawet
jestem ciekawa jak to bedzie...

A jest tak:
Przyjechala po mnie salowa. Potem kazali mi podejsc dwa metry do
aparatu. Na moje zdziwienie zdziwili sie jeszcze bardziej i
zapytali:"jak to nie chodzila pani po wypadku? To po co nam kazal na
stojaco robic?" Potem wyciagaja tubus i jest to porostu tubus, taki
jak go sobie wyobrazalam. Probuja mnie dzwignac ale wtedy bardziej
boli, coraz bardziej i bardziej az wszystko staje sie szare i falujace
i trace przytomnosc. Nie zrobilam tego na stojaco przez tubus, ale jak
to mowia co sie odwlecze, to nie uciecze. Nie udalo sie i trudno.
Mysle, ze malo kto mial szanse zrobic to przez tubus i to na stojaco,
bo pani powiedziala, ze wieki nie uzywala tubusa i nie wie czy go ma w
magazynie, ale potem znalazla...

Bardzo sie zdenerwowalam, ze ordynator narazal mnie na takie stresy i
wyslalam tam tate. Nie znalazl ordynatora, ale powiedzial
pielegniarkom, zeby sie do mnie nie zblizaly i nie robily mi zadnych
zabiegow. No i nie robily :-)


Wtorek 4 sierpnia. dziewiaty dzien od wypadku.

Przyjechal Madej. Tata poszedl i znalazl Ordynatora i umowil sie, ze
zabiera mnie w czwartek. Lekarz kazal kupic mi pas ortopedyczny.

Sroda 5 sierpnia. Dziesiaty dzien.

Madej siedzial caly dzien u mnie i pielegniarki kilka razy zwracaly mu
uwage, ze powinien zachowywac minimum przyzwoitosci. Czym Madej wcale
sie nie przejmowal.

Czwartek. 6 sierpnia. Jedenasty dzien.

Pojechalam do domu. Kazalam sie polozyc na  moim materacu na podlodze
i dzieki temu moglam z niego zsuwac sie na podloge i pezac praktycznie
po calym domu. Podchodzilam nawet do telefonu i odkrylam, ze moge
podciagac sie i siagac na krzeslach i lozku. Madej byl nieszczesliwy,
ze jestem coraz bardziej samodzielbna, ale nie moglam dluzej siedziec
w miejscu...

Piatek. 7 sierpnia. Dwunasty dzien.

Wstalam i okazalo sie, ze moge chodzic sama (no nie calkiem, Madej
mnie podtrzymywal, a ja chodzilam wspierajac sie na jego ramieniu)

Sobota. 8 sierpnia. trzynasty dzien.

Madej gral sobie w kolonizacje, wiec sie zniecierpliwilam, za ktoryms
kolejnym "zaraz" i sama poszlam do kuchni zrobic sobie herbate
(pomoglam sobie kosturem, ktory wycieli mi chlopcy z bractwa) Madej
byl bardzo nieszczesliwy i odbierajac telefony na pytania o to jak sie
czuje mowil:"jak sie czuje Ann? Az za dobrze, do niczego nie jestem
jej potrzebny" Ale mylil sie, bo nie samym chodzeniem czlowiek zyje
;-)

Niedziela. Wyszlam z Madejem na spacer.

Tu nalezalo by zakonczyc historje wypadku, jest poniedzialek, i minely
dwa tygodnie od wypadku, a mi nic nie jest.
jedyne lekarstwa jakie zjadlam w tym czasie to cztery tabletki od
bolu. Na samym poczatku. Nie mam siniakow i chodze calkiem niezle, no
coz... Tak to jest, jak sie ma niezniszczalny szkielet :-)

Ann
Ps: Dwa slowa do Kumpla: Sluchaj kumpel, ty to jestes fajny pies.
Taki pies to jest cos. Jak zobaczyl, ze spadlam ze skaly, to w akcie
solidarnosci z moja osoba rzucil sie pod samochud ;-)
Wiesz kumpel, ja wierze, ze mnie lubisz, wiecej nie musisz tego
demonstrowac w tak radykalny sposob ;-)

--
---------------------------------------------------------------------
Anna Klosowska  turin@friko2.onet.pl  ann@rpg.pl
WC Prezes KNNNSzMPChOChPKIM do Spraw
Manifestacji i Oddzialywania na Spoleczenstwo
----------------------------------------------------------------------
Do niedawna myslalam, ze kazdy chodzic moze...



--------
**               Lista dyskusyjna rpg-priv@listy.rpg.pl                 **
**      HELP znajdziesz pod adresem: rpg-priv-request@listy.rpg.pl      **
    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl