Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

                 	_____________________________
			ab ovo			     
			_____________________________
						Elcia
			_____________________________
			1 9 9 8     -     E u r o p a




	Trwalo leniwe popoludnie.  Zamek odpoczywal, ociezale przygowujac
	sie do kolejnej,  orgiastycznej,  sobotniej nocy.  Nie chcialysmy
	uczestniczyc  w nadchodzacym  wieczorze.  Wrecz zdarzalo  sie nam
	zyczyc  sobie rezygnacji z calego tego zycia.  Bylo to oczywiscie
	niemozliwe, poniewaz kazdy, kto zostal wyrzucony do tego kosza na
	smieci, na tymczasowe odpadki spoleczenstwa arystokratycznego, na
	dzieci chwilowo  niechciane,  oddane  na burzliwy  okres pod inne
	instancje,  kazdy  kto  dostal  sie  tu,  i  my  rowniez,  musial
	uczestniczyc w rytualach mlodosci.  Chcac miec chociaz  namiastke
	ucieczki  na  wlasnosc,  nalezalo pograzyc sie w czyms,  do czego
	inni nie mieli dostepu. Ontologia.  Dla nich, jak cos zamknietego
	w encyklopediach,  na pietrze biblioteki,  dla nas jak zyciodajna
	ambrozja, jak niezbedne powietrze.
	
	Poszlysmy na spacer. Lazaria i ja.

	Szlysmy alejka, ktora wiosna zwyklam nazywac "The cherry orchad",
	codziennie  rzezbiaca  soba  ryse  na  zboczu  gory,  wielkiej  i
	szatanskiej,  na zapleczu zamku, gdzie ponad wszystkim,  na samym
	gladkim  szczycie gorowalo kordianowe drzewo,  a pod nim omszaly,
	pradawny, kamienny krzyz i lawka. Owa alejka na zawsze pozostanie
	centrum wspomnien tamtego piekla, wraz z moimi samotnymi marszami
	na  szczyt i  rozrywajacym krzykiem pod drzewem,  gdzie szatanska
	moc ofiarowywala mi czasem caly widoczny wszechswiat  -  plwociny
	cywilizacji.

	Na lace, pomiedzy  alejka,  a majaczacym na wysokosciach samotnym
	drzewem,  zyly   krowy.  Trudno   ograniczyc  ich  zycie  do  tej
	okreslonej,  okrazonej drutem pod napieciem przestrzeni. A jednak
	wtedy tam wlasnie zyly.
	Siedzialy,  zyjac w skupieniu i ciszy, bez znikomej checi wydania
	z  siebie  niskiego,  sielankowego  muuuu,  kazda  na swoim jaju.
	Wysiadywaly  te wielkie jaja calymi dniami, juz od tygodnia. Nikt
	sie tym zbytnio nie przejmowal,  ale tam przeciez przejmowano sie
	tylko morderstwem Versace.
	Jaja  byly  ogromne,  wrecz  monstrualne,  i  trudno  bylo  sobie
	wyobrazic  jak te  niezgrabne  przeciez matrony wdrapywaly sie na
	ich  czubki,  zeby w  koncu  zasiasc  okrakiem na  swym sacrum, z
	szacunkiem  i  godnoscia  jakich  nie  mozna im bylo odmowic. Ale
	przeciez,  sobie  a  muzom,  kazdy  zainteresowany musial w koncu
	przyznac, ze taka krowa, jak namaszczona w swym macierzynstwie by
	nie  byla,  nie  moze tak wysiadywac swego jaja bezustannie.  Bez
	obrazania prozy zycia,  ale  proza  zycia,  nakazywalaby im, choc
	sporadycznie,  w  zgodzie  z  natura,   oddac   sie  przynajmniej
	czynnosciom fizjologicznym,  juz nawet nie wspomne o rozkoszach i
	krowiego podniebienia. Tak przeciez nie uchodzi - o suchym pysku,
	na jaju i to calymi dniami!

	Siedzialy wiec w skupieniu,  rozrzucone po calym zboczu cokolwiek
	chaotycznie,  a  dziwne,   bo   to   przeciez   stadne  i  wysoce
	uspolecznione  istoty.  Siedzialy  tak, zapatrzone,  kazda gdzies
	wglab siebie.  My  szlysmy na spacer,  ale  i  tam  czulysmy  sie
	skrepowane.  Onirycznie   zdeprymowane  powaga  tych  krow-matek,
	celebrujacych w sloncu swa plodnosc.

	Dziwne, ale nigdzie nie bylo sladu byka...



    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl