Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

                        _________________________________
                        CHUJNIA
                        _________________________________
                                                    Elcia
                        _________________________________
                        S t y c z e n  '98      Spetzgart


                                              Dla Lazarii
        ___________________________________________________________________


        "Cokolwiek by sie nie dzialo, nie myslec. Przeciez tak sie nie da!"
        S p r z e c i w  -  m y s l  - p r z e j a w  w o l n e j  w o l i.
        T e r m i n a c j a.

        "Nie myslec. Nie myslec. To  prawie tak jak w "Ghostbusters", kiedy
        maja podac nowa forme, ktora przyjmie Zul. Hehe. I wtedy ten glupek
        pomyslal o piankowym zolnierzyku."
        Z o l n i e r z y k  -  m y s l  -  p r z e j a w   g l u p o t y.
        T e r m i n a c j a.

        "Nazywal sie, dajmy na to, Jozio..."
        T e r m i n a c j a.

        "Whatever."
        M i s s i o n   A c c e p t e d.

        Bzzz.. Bzzz.. Bzzz.. Bzzz..  Migajace czerwono-pomaranczowe swiatlo
        przebudzilo  go  z  letargu. "Thought transition  permited".  Jacka
        odlaczono  od aparatury.  Usmiechnal sie. Nie  wiedzial jeszcze  co
        jest  grane, ale  dla zachowania  bezpieczenstwa  wolal o  tym  nie
        myslec.

                                        ***

        - Oto Twoj pokoj.  Nadajesz sie.  W tej  instytucji  akceptowane sa
        tylko  jednostki  potrafiace  sie  przystosowac.  Brak   opanowania
        procesow myslowych nie sprzyja aklimatyzacji. Tutaj nie nalezy zbyt
        wiele myslec. To moze tylko zle wplynac na samopoczucie.
        Samoswiadomosc  to  brzemie, z  ktorym z  pewnoscia nie mozna sobie
        poradzic,  a juz  w  zadnym  wypadku  nie  tutaj! - "Coz za nerwowy
        jegomosc... Spoko spoko. Jakos to bedzie" - Zatem.  Prohibicja jako
        taka  tutaj nie  istnieje, aczkolwiek  napojow  alkoholowych  przed
        godzina osiemnasta spozywac nie mozna.
        - Hmmm, to chyba da sie zalatwic.
        - Zadnych prochow, zadnych dzieci.. To sie chyba rozumie samo przez
        sie...
        - Powiedzmy, postaram sie nie zajsc w ciaze...
        Zaskoczylo  go, ze facet  wcale nie zareagowal.  Zero jakiejkolwiek
        reakcji,  poza  moze  cieniem gorzkiego  usmiechu. Zle. To  byl  za
        bardzo  wyrafinowany dowcip... Pomyslal, ze wykrecilby im wszystkim
        kawal zalatwiajac  sobie operacje  zmiany  plci, a nastepnie rodzac
        dziecko. Szkoda tylko, ze  na to  jeszcze nie  pozwala stan obecnej
        techniki.  "Coz, kwestia  szczescia,  no nie?"  przemknelo mu przez
        mysl. Mezczyzna nie kontynuowal tematu niechcianych dzieci...
        - Posilki i reszta rozkladu dnia sa juz panu znane.
        Podszedl do drzwi. Zawiasy skrzypnely... Odwrocil sie jeszcze raz i
        mozna bylo odniesc wrazenie, ze  waha  sie czy powiedziec to, co go
        dreczylo.
        - Niech sie pan  juz tak  nie bije z tymi  myslami. Przeciez  jakos
        sobie poradze. A jak  bedzie  zle,  to bede udawal rosline, tak jak
        przed chwila... A zreszta, w koncu wazne, zeby miec jakies oparcie.
        Jak  sobie znajde  kogos, to bedzie  lepiej. - nie wiedzial jeszcze
        dokladnie  po  co "takie bzdury"  opowiada.  Zdawal sobie natomiast
        sprawe, ze podpadal. A to bylo zle. - Pozniej nie podpadac."
        - No wlasnie  o tym  chcialem tobie  powiedziec. - Jacek nie bardzo
        wiedzial jak poradzic sobie z tym "ty" i "pan", ktore najwidoczniej
        mieszaly  sie  jego  rozmowcy; "zdezyduj sie w koncu; dziwne" - Nie
        szukaj tu  sobie  nikogo. Nie zapamietuj twarzy.  Nie  pytaj o date
        urodzin. To sie nie liczy. Baw sie dobrze, ale nie zakochuj sie pod
        zadnym pozorem. Niech pojecie milosc  zniknie z  Twojego  slownika.

        Mial  straszna  ochote  usmiechnac sie,  ale jednoczesnie uznal, ze
        sytuacja  nie  byla  zabawna.  Sarkastyczny  pomysl zaswital w jego
        glowie,  i wyobrazil sobie,  jak to pewnego  pieknego  dnia otwiera
        slownik i czyta:  "Milosc - staroswiatowy  archaizm.  Uzycie:  opis
        stanu  emocjonalnego zagrazajacego  trzezwemu  mysleniu,  wrozacego
        zaplatanie  sie  w  pelen  niezrozumienia   i  wzajemnych  wyrzutow
        zwiazek miedzyludzki".
        - Tak jest!
        Trzasnal obcasami, jednoczesnie kretynsko wymachujac reka.
        - Ja  jestem  smiertelnie  powazny. Chce  abys o tym  pamietal. No,
        rozpakuj sie. Zycze milego pobytu.
        "Dobre sobie. Dwa  lata  tego  bagna,  w ktorym  podobno lepiej nie
        myslec, a ja mam przejsc nad tym do porzadku dziennego."
        - Jesli bedziesz mial  jakies  klopoty  z  porzadkiem dziennym, daj
        znac.  Zostaniesz  o  wszystkim  poinformowany  dokladniej. W razie
        potrzeby, oczywiscie. Zegnam.

        Jacek zostal w pokoju sam.  Zmierzch. Sino-rozowe niebo za oknem, a
        przez  gigantyczna  dziurke od klucza,  do  pokoju,  wpadal strumyk
        cieplego swiatla korytarzowej lampy. "Istny absurd. Nie moc zamknac
        sie w swoim wlasnym pokoju.  Po co zamek,  skoro nie ma klucza?! Co
        to za zasady?"
        Podszedl do okna,  gdzie na malym stoliku ktos polozyl pudlo z jego
        gramofonem, ktory wozil ze soba gdzie tylko sie wybieral. Wiedzial,
        ze  to  ekstrawagancki  zwyczaj,  ale  nie  dbal  o to. Wyszperal z
        walizki plyte Cohena... Chwilke na czworakach  walczyl z poplatanym
        kablem.   Krotki  rytual  sprawdzania  igly  i  ustawiania  jej  na
        odpowiedniej  pozycji.  Nikt  inny  nie  meczylby  sie  az  tak nad
        szukaniem  wlasciwego  rowka, po  prostu  wrzucilby  igle  gdzies w
        polowie  wczesniejszej  piosenki  albo  wrecz na  poczatek plyty  i
        odczekal na ten wlasnie  kawalek, na ktory  mial ochote. Nie Jacek.
        Pochylony,  wpatrujac  sie w krazek  pod swiatlo znalazl odpowiedni
        ciemniejszy okrag i precyzyjnie ustawil  ramie gramofonu. "Dance me
        to the end of love".

        "Pedalska muzyka, huh?".  Przypomnial  sobie  niedojrzaly komentarz
        jakiegos kolegi z ostatniego  'miejsca pobytu'. Jak  inaczej nazwac
        te wszystkie jego "domy"? To wlasnie dreczylo go najbardziej. A gdy
        teraz przybyl wreszcie  tu, gdzie  z definicji mial zagrzac miejsce
        przez dwa lata  -  zabroniono  mu  kochac.  Jemu,  dla ktorego baza
        istnienia bylo uczucie.
        "Nie!". Kiedy wsiadal do pociagu, na tym swiezo odnowionym peronie,
        na jednym  z  filarow  wisiala  tablica:  "przykladowe odleglosci w
        kilometrach"...  Tabelka  podzielona  na  trzy  czesci:   "Krakow",
        "Stacja przeznaczenia", "Odleglosc". Coz, moze o  Tym miejscu nikt,
        kto  wypelnial  te  tabele,  nie  pomyslal,  ale to mialo  byc Jego
        miejsce przeznaczenia. To bylo przeciez jego miejsce przeznaczenia.

                                        ***

        Poszedl na kolacje.
        - Hej. Jestes nowy, co?
        - Tak wyszlo. - odszczeknal wsciekly. Chcial miec odrobine spokoju,
        aby samemu  ze soba dojsc do porozumienia w sprawie nowych warunkow
        i zasad.
        - Idziesz dzis potanczyc do klubu?
        - Nie wiem jeszcze, ale na pewno skocze gdzies na piwo.
        - Hehe.  Dobre sobie. Gdzies? Tu jest tylko klub. No moze jeszcze w
        srody jest kawiarnia w krypcie.
        - Coz, wiec pojde do tego klubu.
        - Fajnie.
          "Fajnie. To takie proste slowo. Jeszcze tylko 'fajowo' brakowalo"
        - Anika!  Idziesz  dzis  potanczyc?  -   krzyknela  do  mimozowatej
        blondynki przechodzacej obok  stolika  -  Przyjdz.  Bedzie  fajowo!
          "O Boze. Uciekam!"
        - Wiesz, musze juz isc. Mam jeszcze gdzies zadzwonic.
        - Widac, ze jestes nowy. Za miesiac,  dwa  ci  przejdzie. Zapomnisz
        o swiecie.
          "Moze ten facet z pokoju mial racje.  Moze tutaj nie ma po prostu
        nikogo do kochania"

        W  Klubie  bylo ciemno,  glosno  i  przede wszystkim duszno od dymu
        papierosowego. Przed malym domkiem, ktorego drzwi  nigdy  sie chyba
        nie  zamykaly calkowicie - tyle cial sie  przez  nie  przeciskalo w
        obie  strony  -  stala  grupka  ludzi.  Wszyscy rozmawiali  o jakis
        malo istotnych rzeczach. Jednak w ich oczach  blyskala  lubieznosc.
        Na moment przestal widziec istoty ludzkie, myslace.  Zobaczyl nagle
        przed soba tylko ciala. Pulsujace,  cieple  organizmy.  "Ale faza".
        Ciala gotowe do oddania sie bezzmyslowej orgii. Swierzbiace umysly,
        ktore nie czuly nic oprocz pozadania.  Grupka  pomalutku  ucichala.
        Zaczeli  przytulac  sie  do  siebie parami.  Wtem jedna dziewczyna,
        prawie juz kobieta,  przylgnela calym cialem,  przede wszystkim zas
        wargami, do wysokiego, przesyconego wonia drogich  perfum chlopaka.
        Jacek na wskros wyczul jej jezyk  penetrujacy najglebsze  zakamarki
        ust tego  czlowieka.  Przelala sie  przez  niego fala  obrzydzenia.
        - Boze, Homo Sapiens wyginal.  Freak  Show!!! - krzyknal, lecz nikt
        nawet nie spojrzal w jego strone. Gdzies z tylu uslyszal:
        - Zalosne, to ten nowy sie upil i pieprzy od rzeczy.
        Nastapilo  pare wyjatkowo glupich uwag,  ktorych  nawet w pelni nie
        zarejestrowal. Podszedl do altanki.  Usiadl spogladajac na niepelny
        ksiezyc i przeszyl go dreszcz.  Strach przed tym, ze nie uda mu sie
        tu  przezyc.  Czul  wszedzie  na okolo ciala,  ktore  z niesamowita
        predkoscia  przyciagaly  sie wzajemnie,  po to  tylko,  by w moment
        pozniej oddac sie ekstazie.  Zamknal oczy.  Jednak nawet ukryty pod
        swoimi powiekami wyczul  zblizajaca sie postac.  "Kobieta".  Ciepla
        dlon spoczela na jego karku. Gdyby byl wampirem,  nieprofesjonalnie
        wpilby  sie  teraz  w  zyly jej nadgarstka. Goraca krew rozgrzewala
        perfumy rozprowadzone wczesniej uwodzicielsko na delikatnej skorze.
        - Odejdz prosze - powiedzial  cicho,  usilujac  subtelnie, a jednak
        stanowczo, zasygnalizowac swa niechec.
        - Dlaczego taki samotny, tutaj?
        - Tak wyszlo. - warknal.
        - Oj, drapiemy, co? - wyczul za plecami zalotny, efemryczny usmiech
        na jej twarzy - Nie znalazles zadnej chetnej na dzis? - "Nie ma nic
        wulgarniejszego od wulgarnej kobiety" z  odraza  wywolal z  pamieci
        slowa jednego z nauczycieli.
        - Kwestia szczescia, mala.
        - Hmm.
        Zaniepokoila go cisza.
        Dziewczyna wargami musnela jego kark, pozniej policzek. Nie wiedzac
        dlaczego, pocalowal ja. - "...nie zapamietuj twarzy!" - przypomnial
        sobie.

        To byla upojna noc.  A raczej wieczor,  bo ta mala powiedziala,  ze
        nie chce ryzykowac. Slowem wykorzystala go, a nastepnie powiedziala
        zeby splywal. "Czy to byl jej pierwszy raz? Chlopie, zastanow sie -
        takie naiwne pytanie! Byla tak dobra, ze musiala juz to robic setki
        razy.  Nawet kobieta nie moze miec takiej intuicji...  Ciekawe, czy
        domyslila sie,  ze to byl moj pierwszy raz? Musi byc dumna.  Siksa,
        a o zyciu pewnie i tak nic nie wie".

        Na sniadaniu nie zalowal juz, ze nie zapamietal twarzy. Nikt sie do
        niego   nie   usmiechnal  w   bardziej  zyczliwy  sposob.   Wszyscy
        zachowywali  sie  normalnie.   Zadna  dziewczyna  nie  pozerala  go
        wzrokiem. Nikt sie na siebie nie rzucal. "Czy to mozliwe, zeby nikt
        nie  czul,  ze  wczorajszy wieczor byl wyjatkowy dla wielu osob?!".

        Absurd.

        Kolejny wieczor. Kolejna przygoda.

        I jeszcze raz.

        Po krotkim czasie przestal liczyc 'razy'.  Przyzwyczail sie.  Tylko
        lek  przed  jakas  zdradliwa   choroba.  Tak,  to   go   troszeczke
        paralizowalo.  "W wakacje pojde do lekarza.  I do psychiatry tez...
        Przyda sie."

        Pewnego dnia  zadna  kobieta  nie  odnalazla  go  tam,  w  altance.
        Siedzial sam,  do momentu,  kiedy juz trzeba bylo wracac do pokoju.
        Nawet nie poczul smutku. Nie byl zawiedziony.

        Przestraszyl sie dopiero, gdy w koncu polozyl sie na lozku.

        "Zabili we mnie uczucie... zabili mysl... zycie."

                                        ***

        Zdal  mature  z najwyzszym  swiatowym  wynikiem.  Czy  o  to  dbal?
        Wlasciwie,  to  to  chyba tez pieprzyl. Ktos go zapytal, jak to sie
        stalo, ze zdobyl az tyle punktow.
        - Kwestia szczescia - baknal  i ruszyl kupic sobie troche kasztanow
        na placu.

        Skonczony.

    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl