Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

                                ________________________________
                                KAMELEON
                                ________________________________
                                                           Elcia
                                ________________________________
                                Styczen 1998 - S p e t z g a r t




         Spokojnie  weszla do pokoju, choc stojac w drzwiach zmruzyla oczy,
         przed  razaca  biela  pomieszczenia,  ktore  w  przeciwienstwie do
         katakumbicznego  korytarza  mialo  wiele okien. "Jak przestraszone
         zwierzatko".  Spojrzala jeszcze za siebie, jakby w obawie, ze ktos
         ja zobaczy. Ze ktos skomentuje.
         - Prosze, prosze. Niech pani siada.
         Calkiem niezgrabnie spoczela na taborecie. Jak pokraczne kaczatko,
         stopy  trzymala  osobno  na podlodze, przy czym kolana przyciskaly
         sie wzajemnie... Okropnosc. Jak mozna byc tak przerazonym wlasnego
         ciala.  W  koncu  nie  bylo  ono  az takie zle i przecietne. Miala
         ogromne,  szare  oczy, ktorymi chwytala sie wszystkich szczegolow,
         tego jakze skapego w ozdoby pomieszczenia.
         Ozdoby.   Trudno   powiedziec,   zeby   oprocz  obskurnego  biurka
         oblazacego  z  lakieru,  taboretu,  lampy  i  kozetki bylo tam cos
         ozdobnego.  Natomiast  z  rzeczy,  ktore  mogly zainteresowac taka
         niewiaste..  coz,  bylem  tam  ja.  Pomine fakt, ze wygladalem jak
         Quasimodo.  Niestety to pociagalo we mnie wiele kobiet, ktore badz
         litowaly   sie   nade   mna,   badz  tez  myslaly,  ze  stana  sie
         romantycznymi  kochankami  potwora...  badz  tez byly ciekawe, czy
         "takie indywiduum" to cos specjalnego.
         Chwila  ciszy.  Czulem niesamowita satysfakcje ze znecania sie nad
         ta  kobieta.  Cisza  potrafi  ranic.  Ma  niesamowite zdolnosci do
         zadawania  bolu.  Na  dobra  sprawe, dla ciszy bol jest zjawiskiem
         immamentnym.  A  moze  jeszcze  nie powinno nazywac sie tej istoty
         kobieta? Nawet przerwany hymen nic jeszcze nie znaczy. Tylko bagaz
         zyciowy  moze  pomoc  przeksztalceniu  z dziecka w kobiete. Bagaz.
         Hehe. Cudaczne wyrazenie.

         Chrzaknela.  Tak, istotnie najtrudniej jest mowic, kiedy wstydzimy
         sie  milczenia.  Tylko,  ze  ona sie wcale nie wstydzila. Bala sie
         ciszy,  a  jednoczesnie  chyba obawiala sie wlasnych slow. Jeszcze
         jedno  chrzakniecie.  Pierwszy  raz,  w  calym  moim doswiadczeniu
         zawodowym  nie  moglem  sie  opanowac  i  na  twarz  wylal  mi sie
         powatpiewajacy   usmiech,   ktory  slabsza  psychicznie  pacjentke
         rozsmarowalby  swoja  moca  po  scianach  gabinetu.  Zobaczyla ten
         usmiech.  Nawet  nie musiala patrzec w moja strone, tak bardzo sie
         narzucal swoim istnieniem.
         Nie  zgniotl  jej,  chociaz  watpliwe, ze jej psychika byla az tak
         odporna.  Po  prostu  poddala  sie  tej  sile  i tylko dzieki temu
         przetrwala.  Podobnie jak najlepiej znosza wypadki ludzie w stanie
         bezwladnosci...     Spiacy    czy    tez    pijani,    nieswiadomi
         niebezpieczenstwa  oddaja sie wlasnemu momentum w chwili zderzenia
         czy innego wypadku i w ten sposob uchodza z zyciem.
         -  Przepraszam  najmocniej.  Nie  wiem,  czy  bedzie pani gotowa w
         takiej  sytuacji  sie  otworzyc.  Niemniej oddaje sie do uslug.. -
         jeszcze  jeden  taki moj glupi usmiech i chyba wezme sobie urlop -
         wygodnie pani?
         -  Nie  -  powiedziala  glebokim, cieplym glosem, po czym wstala i
         ruszyla   w  strone  kozetki...  Jej  chude  nogi,  podobne  nogom
         nowonarodzonego  zrebiecia,  calkowicie  sie  poplataly  i kobieta
         potknela  sie.  Moze  cos  ja  paralizowalo?  Wstydzi sie wlasnego
         ciala?  tego  jak  sie porusza..? Odzyskala rownowage w sama pore,
         zeby  sie  nie  przewrocic,  po  czym  usiadla  na  wykrochmalonym
         przescieradle  i  polozyla sie na kozetce. Zadziwiajace. Wszystkie
         inne,  speszone  pytaja sie czy moga... Czasem nawet udaja, ze nie
         widza  mebla! Ta z pewnoscia nie czesto korzystala z takich uslug,
         a   jednak  zachowala  sie  tak  naturalnie...  z  wyjatkiem  tego
         niefortunnego zachwiania. A moze jest czyms odurzona, pomyslalem.
         -  Jestem normalna kobieta. Skonczylam szkole za granica. Dostalam
         sie   na   renomowana   uczelnie   warszawska.  Kocham  mezczyzne.
         Niesamowitego  zreszta.  Kochac  tak zamierzam do konca zycia. Nie
         mam   patologicznej   sytuacji   rodzinnej.  Za  mna  jedna  proba
         samobojstwa.  Normalka,  co?  Pol  roku  seansow psychiatrycznych.
         Dziewictwo...  coz,  stracilam  troszeczke  pozniej niz przecietna
         Polka.  Jestem  nieprzecietna,  jednak  wydaje mi sie, ze moge byc
         normalna...
         Czemu   ta  kobieta  tak  szybko  mowi?  Na  milosc  boska,  zaraz
         zachlysnie   sie  tym  co  chce  powiedziec??  Uderzyla  mnie  tez
         pompatycznosc   jej  wypowiedzi.  Zabrzmialo  to  wszystko  troche
         sztucznie.  Wrecz  jak  jakis  raport dolaczony do aktu zgonu. Nie
         wiedzialem  jak  zareagowac.  Gdyby  choc zaczela krzyczec. Ale to
         opanowanie  i  jej  nieludzki  chlod?  moze  mialy  ja  przede mna
         chronic?
         - Powoli. Spokojnie, mamy czas... - powiedzialem.

                                        ***

         Przyszla jeszcze pare razy. Kazdy seans byl rownie niesamowity jak
         ten  pierwszy.  Przeciskala  sie  przez  niemozliwie  waska szpare
         miedzy  drzwiami  a  framuga.  Tak, jakby nie mogla otworzyc drzwi
         troche  szerzej.  Opowiadala.  Znikala, gdy pograzony w myslach, z
         glowa  wcisnieta  w  dlonie  siedzialem  pochylony  nad biurkiem i
         usilowalem   objac   umyslem   wszystko   to,  czego  sie  wlasnie
         dowiedzialem.  Po  pierwsze,  nurtowalo mnie jak wiele moze zniesc
         umysl  istoty  na  pozor tak psychicznie slabej jak ta kobieta. Do
         teraz  nie  zrozumialem  jak  dala sobie ze soba rade. Przeciez do
         mnie nie przyszla szukac pomocy. Pojawila sie, aby mnie ranic, ale
         jednoczesnie, aby pokazac mi, ze nie doceniam mocy czlowieka.

         Przy  kazdym  spotkaniu  zaskakiwala  mnie  nowym  obliczem,  nowa
         natura.  Jej twarze ulatywaly mi z pamieci niemal jak fatamorgana,
         przy  kazdym nowym 'objawieniu'. Kameleon? Nie... Nie moze byc. Po
         prostu  gdy  pokazywala mi inna siebie, nie potrafilem dolaczyc do
         nowych  doznan  tego,  czego  nauczyla  mnie  o  sobie  wczesniej.
         Jednoczesnie  byla  tak  odrealniona, tak bardzo odlegla od mojego
         swiata,  ze  nie  potrafilem  jej nawet pozadac. Byla dla mnie jak
         surowy material badan dla chlodnego naukowca, w ktorym ogien zadzy
         wiedzy wypalil sie juz dawo, przed laty.

         O czym opowiadala?
         O zyciu.
         Tylko, ze jej zycie mialo dwa wymiary. Wiem, ze brzmi to banalnie.
         Otoz  uwielbiala  rozmawiac  z  inteligentnymi ludzmi. Bylo to jej
         pasja...  Wsluchiwala sie w opowiesci o ich zyciu, zamartwiala sie
         ich  problemami,  ale  zarazem  czerpala energie i szczescie z ich
         radosci.  Sluchajac  o nich, dzielila sie takze soba. Historie jej
         zycia  wciagaly  wszystkich  niczym  zaczarowany kalejdoskop. Duzo
         myslala  nad  zyciem.  Pewnego  dnia,  wyobrazila  sobie  zupelnie
         swiadomie  swoja przeszlosc z drobnymi zmiankami. Pozniej dolozyla
         do  niej  jeszcze  przygode, ktora wymyslila pare dni wczesniej, a
         ktora  byla  tak ciekawa i niesamowita, ze barbarzynstwem bylo nie
         pozwolic  jej  sie  wydarzyc... Coraz to nowe elementy urozmaicaly
         jej  wspomnienia.  Przyrastaly do niej, i po pewnym czasie juz nie
         potrafila  odroznic  tego co bylo prawda a co fikcja. Wszystko juz
         bylo prawda. Kazdy etap jej zycia, ktory uwazala za zamkniety, lub
         do  ktorego  drzwi  byly  juz  tylko  lekko  uchylone, poprawiala,
         udramatyzowywala...  dopelniala  w  sposob,  w  jaki  powinien byc
         ukonczony,  gdyby stworca nie zdrzemnal sie, lub gdyby mial troche
         wiecej magicznej acz realnej wyobrazni. Czula, ze moze ingerowac w
         swoja  przeszlosc  dajac  radosc  innym,  a  nie niosac cierpienia
         drugim.

         Z  poczatku  to  byly banalne figle. Wtracone anegdoty, aby to, co
         bylo, zostalo bardziej kolorowe i pogodne. Miniaturowe kataklizmy,
         aby   uniknac   monotonnosci.  Kolejny  etap,  to  bardzo  istotne
         wydarzenia. Zabijala starych przyjaciol, wyjezdzala gdzies na pare
         lat.  Wygladala  inaczej.  A  przeciez nie zmieniala tym niczyjego
         istnienia.  Istotnie,  tylko  poprawiala  siebie.  Pare  lat  temu
         zdarzalo  jej  sie  jeszcze  mieszac  wersje.  Teraz  juz wszystko
         stanowi  spoista  calosc.  Jej  przeszlosc to ona - artystka. A! I
         bynajmniej nie jest schizofreniczka.

         Zaraz,  zaraz.  Mowila  cos  jeszcze  o bajce. Opowiesc o chlopcu,
         klamczuchu,  ktorego  wrozka,  pragnac  oduczyc  go  jego zgubnego
         nalogu  zaczarowala.  Jakiekolwiek  klamstwo wypowiedzial, stawalo
         sie  prawda.  I  tak,  z blahego powodu usmiercil swoja babcie, na
         szczescie w pore ja przywracajac zyciu, spalil szkole, a do swojej
         sypialni  sprowadzil  lwa. Czy ta bajka miala cos wspolnego z moim
         Kameleonem?    Chyba    nie.    Tylko    naiwny,   niedoswiadczony
         psychoanalityk  szukalby  analogii. Ona byla swiatna aktorka. Nikt
         lepiej  nie  zagralby  od  niej  swojego zycia. Poza tym, ona jako
         jedyna wnosila poprawki.

         Teraz  juz  nie wiem po co przychodzila. Na ostatnie spotkanie nie
         stawila  sie.  Wcale  juz  sie  nie  odezwala.  Najwidoczniej  nie
         potrzebowala diagnozy. Te seansy byly jej darem dla ludzkosci.

         Nie  watpilem  nawet  w  to,  czy zyje. Nie zrobilaby tego. Zawsze
         mogla  sie  odnalezc w jakims nowym otoczeniu. Na tym polegalo jej
         zycie.  Poszla  tworzyc  siebie  od  nowa  wsrod nieswiadomych jej
         wielkosci.  Z  kazda  nowa  twarza popelniala kolejne samobojstwo,
         samej  sobie  dajac pozwolenie na zmartwychwstanie... kreujac nowa
         siebie. W tym szalenstwie jest metoda...

         Po  co  wiec  dzielila  sie ze mna tym wszystkim? Moze chciala dac
         nauce  to,  co przezyla. To, co sama stworzyla. Wyhodowala w sobie
         chorobe. Na wlasna potrzebe! Na wlasna odpowiedzialnosc.

         A ja?
         Ja  jestem  niewazny.  Moim  jedynym  zadaniem  jest  Tobie  o tym
         opowiedziec.

    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl