Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

                                _____________________________
                                LORIEN
                                _____________________________
                                                        Elcia
                                _____________________________
                                Sierpien 1997 - S z c z a w a

         Zdradzac  bedzie  na  zolto.  Tak,  zdecydowanie obluda najlatwiej
         przyjdzie  jej  w  zoltym.  W  koncu to kolor pustyni. Beznamietna
         pustynia  bez sladu wody, zycia, uczuc. Nie taka normalna pustynia
         ze  skorpionami  i zmijami. Zolta pustynia. Tak oziebla iz parzy i
         wypala.
         Ona  jednak kochala niebieski. Kolor glebi. Jak na ironie bala sie
         panicznie  wody.  Ubostwiala  refleksy  swietlne  w  wodzie,  lecz
         najbardziej  przemawial  do  niej  obraz  nieba  odbijajacy  sie w
         blekitnej  tafli.  Cala  idea  transcendentalnosci, bezsensowna od
         strony jej wielce materialistycznego ja, miala w sobie wlasnie ten
         jedyny   urok:   pozwalala   ogarnac   wszystko.   Pograzyc  sie w
         granatowych   przestworzach.  Szkoda,  ze  niebieski  tak  pieknie
         konweniowal  z  zoltym.  To  nie  mialo byc tak! ... Chociaz, moze
         wlasnie szczerosc jest najlepszym i najbardziej stylowym dodatkiem
         do zdrady.

         Odeszla  myslac,  ze  zawsze moze wrocic. Coz za bezkresna glupota
         musiala   wtedy   ogarnac  cala  jej  istote  pozwalajac  na  taka
         lekkomyslnosc!   I   dlaczego   ubrala  sie  na  zielono?  Jedynym
         wytlumaczeniem  byla  chec  wyartykulowania nienawisci dla swiata,
         ktorej,  paradoksalnie,  niczyja percepcja nie miala prawa wykryc.
         Jej  matka  miala  zielone  bikini  i  nikt  do konca nie wiedzial
         dlaczego  az  tak  bardzo  go  nienawidzila.  Ja  sama ogarnela ta
         nienawisc   dopiero  wtedy,  gdy  skrawki  elastycznego  materialu
         przykryly  najbardziej  ponetne,  dla niektorych mezczyzn, zakatki
         jej ciala.

         Jedyna  sposrod  tych  glupcow  odkryla prawde. Inni krazyli wokol
         niej,  lecz  uwazali,  ze  wazne  sa  slowa,  spojrzenia  czy  tez
         konstelacje   gwiazd   i   ich   wzajemne   polozenie  w  momencie
         kazdorazowego  przedostania sie na nowy poziom tej bezbarwnej gry.
         Glupcy.
         Wspolczula  Markusowi.  On, nawet jesli zdolny byl zrozumiec to, o
         czym  ona od dawna wiadziala, nie mogl zobaczyc prawdy. Slepiec, a
         oni glupcy, raz jeszcze.

         Znala   jednak   jeden   blad   stworczyni.   Jej   nieposkromiona
         marzycielskosc... Jak ONA mogla byc tak naiwna, aby wiekszosc tego
         co widzimy uczynic niebieska! Nie od rzeczy bylo wtedy wyobazenie,
         ze  tam  wlasnie,  w  gorze,  mieszka  diva.  Gdyby to ona byla na
         miejscu kreatorki, swiat mialby kolor zolty. Gowno tez.

                                        ***

         Nie  byla  urodzona  chemiczka,  ale  musiala cos zrobic, aby bylo
         bardziej  normalnie.  Pracowala nad zmiana widma tlenu przez ponad
         10  lat.  On  tego  nie  rozumial. Myslal, iz jej odkryciem bedzie
         uniwersalna ultra maryna. Ha! Jednak mial w sobie cos z tej swojej
         intuicji, o ktorej tyle mowil. Wyczul wage koloru.

                                        ***

         Wreszcie  udalo  sie. Zanim jednak wysle generator na Spitzbergen,
         musi  upewnic sie, ze spakowala szczelnie wszystkie swoje blekitne
         sukienki. Nie mogla ich az tak zbeszczescic i pozostawic na pastwe
         rodnika.  Zaadresowala  paczke  szarozielonym  tuszem - calkowicie
         beznamietnie,  jakby  chodzilo  o paczke do pralni, za zaliczeniem
         pocztowym,  po czym zasiadla w oczekiwaniu na swoja ostatnia z nim
         rozmowe.
         27 godzin. 23 godziny. 18 godzin. Drgania przysadki juz calkowicie
         zsynchronizowaly  sie  z pozornie tylko niechaotycznym pulsowaniem
         kwarcu.  4  godziny.  Usnela. Obudzil ja swad spalenizny. Na okolo
         rozchodzila  sie  won  zoltej  siarki  szesciowartosciowej. Ohyda.
         "Musze  isc do optyka; te monochromatyczne filtry na soczewkach sa
         wyjatkowo  nietrwale;  i  to  za takie pieniadze (?!)." Przez mysl
         przemknelo  jej  raptem inne wytlumaczenie problemu. - "Tak! Udalo
         sie!
         -  Widzisz  Szanowna  Marzycielko? - krzyknela - czar prysl, i tak
         naprawde wyglada to bagno.
         Pobiegla do jego mieszkania.
         - Dlaczego wrocilas? - padlo pozornie bezbarwne pytanie.
         -  Zeby  powiedziec,  ze to juz naprawde koniec. Zolwiku... teraz,
         sam  rozumiesz,  juz  nic  laczyc  nas  nie  moze. Jestesmy innego
         koloru.
         - Skad ta zolc? - zapytal, nie zwracajac uwagi na slowa, ktore tak
         trudno bylo jej wymowic.
         - To zolc gorzkiej prawdy - odrzekla.

         Wychodzac  z budynku dostrzegla tlum tuz za rogiem. Kretyni, nawet
         nie rusza ich, ze caly swiat jest zolty.
         -  Niesamowite,  niesamowite..!  -  mamrotal mijajac ja staruszek,
         zmierzajacy  od  tamtej  strony. Poczula uklucie komara na skroni.
         Dlugim  paznokciem  z wprawa przepolowila cialko owada niczym maly
         pecherzyk.  Na  jej  policzek  trysnela  krew.  Zrenice  staruszka
         niewyobrazalnie sie rozszerzyly. Jego brunatne oczy, jeszcze przed
         godzina musialy byc unikalnej, fiolkowej barwy...
         -  To  musialo  byc  niespelnione na tym poziomie przeznaczenie...
         Coz, moze kiedys...
         - Dziadku, o czym mowicie? - Spytala, nieco zbita z tropu.
         -  Ten  zolw  -  odrzekl  starzec - ten zolw, tam na chodniku, pod
         balkonami... tez mial blekitna krew.

                                        ____
                                        Ende

    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl