Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

                                _______________________________
				Malopolska
				_______________________________
							  Elcia
				_______________________________
				Sierpien '98   	    K r a k ó w







	  [jest taka relacja na trasie Warszawa-Kraków; "Malopolska"..]
  _____________________________________________________________________


   17:02.  Peron na Centralnej.  Juz sie pozegnalam.  Teraz  tylko musze
   oddac sie tej rozgrzanej stalowej machinie, jej wewnetrznemu rytmowi,
  który zaniesie mnie az do domu... O 19:36 bede w Krakowie.  Ksiezyc w
  butonierce  to wprawdzie  wierutne klamstwo, jednak na ulicach unosza
  sie tam opary  somnambulicznej  sympatii.  Podswiadoma jednosc umyslu
  jendostek  wyjatkowych.  Nazwalam  to  kiedys wibitnoscia przeciatna,
  jednak  kazde  z  nas  gdzies  bedzie charyzmatycznym  przewodnikiem.
  Kraków jest zaczarowany,  a kazde jego dziecko,  nawet adoptowane czy
  przygarniete  ma  swój  osobisty  wklad w to ponadczasowe,  odwieczne
  zaklecie. Jesli jest na swiecie bardziej magiczne miejsce od Krakowa,
  to chyba tylko Macondo.

  W moim przedziale jakis nieudaczny maz-neofita, z dwuletnim dzieckiem
  na ramieniu dowodzil swego kretynizmu.  Podziwialam kobiete,  która z
  nim byla.  Ich roczne  dziecko bylo chore.  Jakas  obrzydliwa wysypka
  wywolujaca rany,  przypominajace  rozdrapane  cialo  porazone tradem,
  drazla  cala  twarz  dziecka.  Tak wygladalby ból,  gdyby ktos kiedys
  zdolal go zilustrowac.  Mezczyzna  usilowal  przez ponad  pól godziny
  sprytnie  zapakowac  do  przedzialu  wózek,  dwie  torby  i cala mase
  reklamówek. Wyjatkowo mu to nie wychodzilo. Idiota! Nie moglam zniesc
  tych,  jakze  slusznych,  wyrzutów  mlodej  matki.  Rzucilam gdzies w
  myslach, ze za nic takiego faceta sobie nie znajde.  Cóz to za ofiara
  losu. Spocony, wsciekly na te przyslowiowa zlosliwosc rzeczy martwych
  - jak sobie pewnie tlumaczyl swoja niezdarnosc - dreptal  nieporadnie
  po  przedziale,  raz po raz nadeptujac na moja stope i tracajac druga
  zawieszona w powietrzu. Po kilkunastym razie przestal juz nawet bakac
  pod nosem obrazliwe "prz-szam". Bylo goraco, a lepkosc jego ciala, za
  sprawa obrzydliwej i obludnej fizycznej empatii,  stawala sie równiez
  i moim udzialem... [odrazajacy?]

  Dosc! Nie wytrzymalam. Gwaltownie wstalam i rzucilam w niego jednym z
  moich zabójczych,  jadowitych spojrzen.  Oburzony odsunal swe cielsko
  na moja syczaca prosbe o przpuszczenie mnie na korytarz. Energicznie,
  rozwscieczona do bialosci, chwycilam torebke i popedzilam do WARSa. W
  glebi duszy  blagalam  opatrznosc o to, aby nie spotkac tam zadnego z
  tych   czterdziestoletnich,   znuzonych   zyciem   mezczyzn,   którzy
  dziewczynie  nie  dadza  swietego  spokoju  juz do konca podrózy. Nie
  mialam  ksiazki, wiec  nie  moglam  uciec do  zadnego  alternatywnego
  swiata. Pozostalo mi tylko myslec o moim kosmosie... Zamówilam  kawe.
  Czarna, parzaca  wnetrznosci, gorzka ciecz, wydzielajaca won parafiny
  z  rozpuszczajacego sie pod wplywem temperatury styropianowego  kubka
  nie byla przysmakiem nikogo z moich znajomych.  Ja jednak ja lubilam.
  Byla niepowtarzalna...  Zastanawialam sie tylko,  kiedy okaze sie, ze
  tak podawana moze byc rakotwórcza.  Usiadlam  gdzies w srodku wagonu,
  przodem  do  baru.  Chwile  wdychalam  orzezwiajace opary. Ogladnelam
  sobie   wszystkich   klientów.   Dzis   nie   powinno   byc   zadnych
  ekstrawagancji. Za mna dopiero czterdziesci minut podrózy. Spojrzalam
  przez okno... Przez mysl przetruchtalo tylko jedno... to co zwykle na
  trasie Kraków-Wawa.
  "Plasko.  Dlaczego  tutaj  jest tak  cholernie  plasko?!  I  wszystko
  swietnie  tylko  ten  podly  krajobraz  przyciaga  soba  do  ziemi...
  [przytlacza?].  I  nie mamy zadnej alternatywy jak po plaskim posuwac
  sie  przed  siebie.  Zero  wolnosci - ani w góre, ani w dól, tylko na
  wprost. Bez wyboru. W tak deterministycznej wersji naszej najblizszej
  przyszlosci nie  pozostaje nam nic innego jak tylko czekac na koniec.
  Jak w moich snach o napadzie lub katastrofie...  oraz jak wtedy z tym
  ksiezycem;  byl  napecznialy i czerwony.  Kolor odbieral mi glos. Jak
  zwykle wszystko bylo kwestia barwy - nieczego innego.  Ów kolor dusil
  mnie,  zapieral  dech  w  piersiach i  odznaczal  pietnem  kazdy inny
  zewnetrzny  przejaw  mojego  podswiadomego istnienia. Goracy, wielki,
  bliski na wyciagniecie reki, [w zasiegu moich dloni]. Wiedzialam,  ze
  lada moment ... wybuchnie. O tym tez musze kiedys napisac..."

  W  kaciku  oka  zamajaczyl czarny cien podbarwiony krwista czerwienia
  popoludniowego  swiatla  saczacego  sie przez  purpurowe  zaslonki...
  Oderwalam  wzrok  od  migajacych za oknem  przestrzeni.  Przez chwile
  zakrecilo  mi  sie  w  glowie.  Przede  mna  stala  kobieta  z sokiem
  porzeczkowym w rece... 

  "Mozna?" - spytala.
  Odruchowo zrobilam przeglad stolików.  Dwa puste. Chciala siedziec ze
  mna. Trudno sie mówi.
  "Zapraszam"  -  powiedzialam z zaklopotanym usmiechem.  Palec, którym
  caly  czas kreslilam okregi na rondzie kubka, zamarl.  W konsternacji
  zaczelam  ponownie  saczyc  kawe.  Nie  wiedzialam co zrobic ze swoim
  cialem. Oczy kobiety zdawaly sie byc obiektywami zimnych, nieludzkich
  kamer,  taksujacych  kazdy  element  mojej  twarzy.  Usmiechnela  sie
  przyjaznie,  acz  tajemniczo.  Rzad bialych perlistych  zebów. Gladka
  cera  i napieta skóra  dekoltu naturalnie  dostosowaly  sie  do  tego
  grymasu,   choc  sam  on  nie  byl  do  konca  naturalny,  czy  nawet
  spontaniczny.  Miala  cos powyzej  trzydziestki.  Czarny  sweterek  z
  ciezkiej,  sznurkowej welny ciasno oplywal jedrne piersi...  pomiedzy
  nimi zalotnie spoczywal, zawieszony na grubym lancuszku, gigantyczny,
  srebrny ksiezyc.  "Jak z basni Andresena"  -  pomyslalam wtedy. Miala
  czarne wlosy - mój naturalny odcien.. Ciemne brwi i rzesy, a pod nimi
  stalowe oczy. Jednak skóre, wbrew naturze miala jasna i cienka.  Mimo
  zdrowego wygladu,  w oczach czaila sie natura neurotyczna. Moze to to
  paralizowalo  moje  slowa.  Ona  tez  nic  nie  mówila,  totez  cisza
  rozciagala sie na coraz szersze sfery dyskomfortu.. Podjelam wyzwanie
  jej oczu.  Nie wiem ile czasu uplynelo.  Chwycila moja dlon. Lodowaty
  impuls przeszyl cale moje cialo. Zapytala czy bylabym gotowa pokochac
  czlowieka...

  "Skad to pytanie?" - spytalam,  odzyskujac  nagle jakas czesc czegos,
  co zwyklam okreslac swoja wewnetrzna sila.. psychosomatycznym ukladem
  immunologicznym... 
  "To, w zasadzie, nie bylo pytanie.  - odparla -  Chce tylko wiedziec,
  czy swiadoma jestes swej mocy sprawczej..." - na chwile przerwala, ja
  jednak nic nie mówilam; czekalam na wyjasnienie - "w to, ze potrafisz
  kochac - nie watpie...  chce tylko wiedziec, czy zdajesz sobie z tego
  sprawe"
  "Póki  co,  szukam  milosci. Pragne kochac, gdyz moze to przywróci mi
  spokój." - sama nie wiedzialam, skad ten wybuch szczerosci - "Obawiam
  sie,   ze  pograzam  sie   w  stanie  emocjonalnej  frustracji...  ze
  podporzadkowalam  uczuciom  i  irracjonalizmowi  cale swoje zycie,  i
  wiem,  ze tak dalej byc nie moze... lecz jeszcze chyba nie wiem co to
  milosc..." Przerazalo mnie moje teatralne pseudo-opanowanie. Przeciez
  balam sie jej tak, jakby oto, w jej watlej postaci, stanal przede mna
  sam Mefisto.
  "Wiesz. Wiesz lepiej niz wszyscy, których znasz..."
  Unioslam brwi...  Moje palce wrócily do zabawy z kubkiem,  jednak ona
  objela  je  swoimi  lodowatymi  dlonmi.  Nie  zwracajac uwagi na moje
  powatpiewanie,   z  proroczym  namaszczeniem,  przymknela  oczy,  aby
  ponownie, mruzac powieki, wasko je odslonic.

  "Dziewczyno!  -  powiedziala  z  diaboliczna egzaltacja  -  Emanujesz
  namietnoscia.  Kazdy  Twój ruch to wyraz potrzeby milosci i bliskosci
  ludzi,  którzy dojrzeliby do tego,  aby Ciebie rozpoznac, zrozumiec i
  wiedziec,  ze bez  Twojej  akceptacji juz nie beda w stanie spokojnie
  zyc.  -  cedzila te slowa powoli,  z rozwaga, napinajaca rysy pieknej
  twarzy - Jestes niczym morfina, kojaca ból istnienia kazdej swiadomej
  swej  odmiennosci  istoty.  -  chcialam  sie usmiechnac,  jednak  jej
  napierajacy  wzrok wgniatal mnie  do  wnetrza czaszki powodujac wrecz
  fizyczny ból glowy...  w sercu trzepotal strach... szeroko otworzylam
  niewierne oczy, aby odrobina wiecej rzeczywistosci zdolala przedostac
  sie do udreczonej tym zlowieszczym, degradacyjnym mistycyzmem duszy..
  - Czlowieczenstwo - kontynuowala nie widzac,  ze zadaje mi cierpienie
  - to cos,  do czego,  wbrew temu  co juz odkrylas,  garniesz  sie  na
  kazdym kroku, oraz co do Ciebie lgnie.  A on, który nie bylby sklonny
  Ciebie docenic...  kimkolwiek jest,  bo dla Ciebie przeciez musi ktos
  istniec...  mimo,  ze  pragniesz  go  pokochac uczuciem czystym... to
  zapewne nie czlowiek. Pokonaj mnie, tym uczuciem, którego on nie jest
  godzien!" 

  "Któryz to raz dzisiaj  -  zaczelam cicho - wydaje mi sie, ze nic nie
  wiem,  ze caly wszechswiat jest spowity gruba warstwa tajemnicy...  a
  tylko mnie  nie  dane  bylo  sie przez nia przedrzec..."  -  W oczach
  stanely  mi  lzy,  a  dlonie  drzalyby,  gdyby  nie powstrzymujaca je
  lodowata  moc  jej uscisku...  Nie mialam nawet wystarczajacej ilosci
  energii, aby  wyrwac sie z tych kajdan.  Spojrzala  na mnie pytajaco.
  Nie wiem skad, ale wiedzialam, ze chce znac moje imie.

  "Elzbieta"  zabrzmial niespodziewanie mój zadziwiajaco niski,  cieply
  glos  nie zdradzajacy  -  tym razem  -  za nic juz  dawno zatraconego
  spokoju.  Slychac  tylko  stukot kól  o  szyny.  Kelner  zawolal,  ze
  kielbasa gotowa.  Starszy mezczyzna, powracajac, z goracym daniem, do
  swojego stolika, uwaznie nam sie przygladnal.

  "Elzbieto...  dlaczego nie pokochasz wlasnie mnie...? Jestem bardziej
  czlowiekiem, niz wszyscy, którym  dotad  ofiarowalas swoje uczucia...
  zainwestuj  je  tutaj..."  pociagnela  moja bezwladna dlon do swojego
  serca. 

  "Przepraszam" - zdawkowo, przerazona wykrztusilam z siebie i wyrwalam
  dlon z jej uscisku.  Zerwalam sie z taboretu rozlewajac resztki mojej
  kawy... Rzucilam sie do wyjscia. Cudem nie polamalam obcasów. Za soba
  uslszalam  tylko lamiace sie   "Ja cie kocham..."  oraz  uspokajajace
  zapewnienia kobiety, ze nic sie nie stalo. Chyba tlumaczyla kelnerowi
  te rozpelzajaca sie we wszystkich kierunkach plame kawy...

  Przebieglam dwa wagony...  Zostala godzina drogi.  Wszystkie  toalety
  zajete.  W  koncu  wpadlam  na  drzwi,  które nie stawialy oporu przy
  próbie  ich otworzenia.  Pociag kolysal sie przy zawrotnej predkosci.
  Wpadlam do srodka. Spazmodyczne drgawki obrzydzenia i strachu rzucily
  mna o sciane smierdzacej moczem toalety. Nie mialam mdlosci, a jednak
  balam  sie,   ze  mój  ustrój  tego  nie  wytrzyma.   Obylo  sie  bez
  somatycznych odruchów,  lecz nigdy wczesniej nie odczulam jeszcze tak
  bolesnie calego bagazu mojego cielesnego czlowieczenstwa. Ciemnosc.
 
				***

  Przysiadlam  na krzeselku w korytarzu i na jakims pomietym rozkladzie
  jazdy,  z  braku miejsca,  nawet  na  zadrukowanej  czesci,  zaczelam
  spisywac jej slowa,  wciaz silnie pulsujace w glowie.  Kazdy ruch  na
  korytarzu rodzil lek, ze oto nadchodzi, aby raz jeszcze zapytac... Za
  szyba  drzwi  do mojego  przedzialu dziewczyna z rocznym dzieckiem na
  rekach,  tulac do siebie zaropiale szczescie, rzucala mezowi plugawe,
  iskrzace  spojrzenia.  A  ja  musialam  spisac wszystko,  co tamta mi
  powiedziala... Czulam, ze nie bede mogla o tym szybko zapomniec. Moze
  nawet, gdy juz ostygne, napisze o tym wszystkim cos dluzszego?


    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl