Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

                _____________________________________________
                Opowiem Wam, jak to bylo naprawde...
                _____________________________________________
                                                        Elcia
                _____________________________________________
                M a r z e c   1 9 9 8   -   S p e t z g a r t



        Wlasciwie to on sam byl bez poczatku i konca, a innym dal
        poczatek..

        I choc chcial i probowal - konca dac sobie nie mogl. Wiec
        dawal innym  poczatek,  ktorego sami,  wolna wola dokonac
        mogli.  To on dal mi moje zaranie, lecz wtedy jeszcze nie
        moglo byc, zebym mogla miec koniec... I dzisiaj wiek zbyt
        mlody, a pracy jeszcze przede  mna  wiele...  Totez konca
        poczatku  nawet  odlegle  za  swiata  ostra krawedzia nie
        widze. I zbuntowalam sie. Nazwal mnie upadla,  wiec upasc
        musialam.

        Od tej pory pomoc niose tym, ktorych jak i mnie pochylil.
        Siedzi gdzies tam, na wysokim pietrze w wyscielanym sucho
        fotelu i mysli  co jeszcze dobrego  zrobic,  niosac innym
        krzywde ponizenia.  Czasem go podgladam z mojej soczystej
        glebi,  lecz  szybko  sie  nudze,  gdyz nic w tym  widoku
        lubieznego, a wrecz przygnebiajaca wizja  oto nowej pracy
        jakiej wyzwanie niosl kazdy jego nowy twor czy dziwolag..

        Jednak owej nocy pracowal nad czyms malutkim.  Juz od tak
        dawna  nie  pchal  mi  sie  na  usta z taka  werwa  wyraz
        "slodkie"...  Zaciekawiona  postanowilam  nastepnego dnia
        podgladac  dluzej...  Smiesznie wygladal,  on,  ktory tak
        rzadko  sie  ostatnio  usmiechal.  Do  szklanego  pudelka
        wrzucil troche pylu, jak wtedy, na poczatku... do prozni.

        Na  drugi dzien tez zagladnelam.  Rzecz stawala sie coraz
        ciekawsza.  Zastanawialam sie, kiedy w koncu straci swoja
        nowa zabaweczke w nielaske. Przygryzlam z wrazenia warge.
        Moja chora, krolewska  posoka  w  malym  babelku w goracu
        amebicznego eteru krzepnac zaczela...  Strupek nie predko
        sie  chcial zagoic,  poniewaz  podeekscytowana tym co sie
        dzialo  na gorze  nie moglam  powstrzymac sie od ciaglego
        kasania ranki...  Cale  podchody  mistrza  i jego  czarow
        trwaly tydzien. Nie wiedzialam co sie dzieje,  ale czulam
        w eterze  cierpienie mlodej istoty. Slyszalam tez szloch.
        Nie  moglam  cierpliwie  czekac... Pewnej nocy.. Siodmej,
        chyba,  kiedy  on  smacznie  juz  spal  uchylilam plachte
        zwisajaca z pudelka.  Malenstwo  juz  na  mnie czekalo...
        Zastanawialam sie,  jak szybko uda mi sie je oswoic,  czy
        moze  nawet wytresowac,  jednak plany rychlego sukcesu na
        tym polu szybko sie rozwialy,  gdyz istota  jednym  susem
        wyskoczyla  z  pojemnika, na plecach taszczac polyskujace
        niczym moje oczy cos.  Chwycilam  stworzenie  w  garsc  i
        pobieglam w strone drzwi.  Niestety z przejecia potknelam
        sie o ogon... Do dzis nie moge usunac makabrycznej blizny
        po rozdartej, przez gwozdz wystajacy z podlogi,  ranie...
        On sie chyba obudzil,  ale wydaje mi sie, ze nie do konca
        byl wytracony ze swego idyllicznego snu...

        Nie wzielam istotki od razu do siebie,  na dol.  Uznalam,
        ze musze  jeszcze  przeprowadzic  pare obserwacji,  serie
        testow, zanim bezpiecznie owo zwierzatko bedzie sie moglo
        do mnie wprowadzic...  Coz,  polpietro  wybudowane  przez
        niego powinno  byc akurat w sam raz... Jesli on uzna,  ze
        chce sobie czasem poogladac swoje stworzenie, bedzie mogl
        uchylic drzwi i z wysokosci schodow rzucic na nie  okiem.
        Podobnie  ja,  zawsze  bede  miala  wglad na  sytuacje  z
        perspektywy  mojej  wilgotnej, granatowej siwa barwa nocy
        piwnicy.  Rozchylilam dlon.  Spojrzaly na mnie dwa chytre
        oczka  w ktorych  odbijal  sie blask moich  slepiatek! To
        malenstwo   chyba   mysli!  Slodko  -  ponownie.   Bedzie
        przynajmniej jakas rozrywka.

        Polozylam  sie  spac  na  polpietrze, zeby choc pierwszej
        nocy przypilnowac zdradziecko wykradzionej zdobyczy... Za
        to moj skarb uwolnil z trawiastych pet swoj skarb,  zaraz
        po czym  zaczal  sie  do niego  nieskromnie  i  lubieznie
        mizdrzyc... Mmmm, to lubie - pomyslalam.  Moze dlatego on
        przykrywal  pudelko plachta,  bo wstydzil sie tego, jakze
        niedoskonalego chowu! Usmiechnelam sie do siebie.  Jednak
        dzis warto bylo wstac z lozka.

        Rychlo mialo sie okazac, ze codziennie warto bedzie
        wstawac. Okazalo sie tez, ze to cos mowi!

        - No i jak sie miewasz, moja droga kreaturko?  - spytalam
        nastepnego ranka, nie oczekujac nawet odpowiedzi.
        - Calkiem dobrze - odrzeklo toto - i nie jestem kreaturka
        - rzeklo rozzloszczone.
        - Ha.. - ubawiona do glebi przez chwile nie wiedzialam co
        powiedziec - czym, wzglednie kim wiec jestes?
        - Jestem Czlowiekiem! - powiedzialo z godnoscia, fuknelo,
        i potoczylo  swoj  skarb  za  drzewko,  ktore  posadzilam
        poprzedniej nocy na jalowej podlodze polpietra...  Mialam
        nadzieje,  ze  tatus  tego  stworzonka  zatroszczy sie  o
        jakies ciekawsze warunki, dla swojego potomstwa.

        I  tak  wygladala nasza pierwsza rozmowa... Czlowieczkowi
        troche brakowalo chyba jego domku z kart,  ale byl bardzo
        szczesliwy..
        Zdziwil  mnie jednak ten mlody owym dyjamentem.  Przeciez
        uslyszalam jeszcze za mego pobytu w niebieskim zamczysku,
        na gorze,  ze oto mialy  byc miekkie jablka.  Protegowani
        kuszacej, pomaranczowej pani jednak zostali odsunieci  na
        plan dalszy,  ze  zrozumialych powodow  zmatarializowania
        potrzeb naszego dziela... Tak, w istocie naszego, chociaz
        on  nigdy tego nie przyzna.  Zaprawde,  tylko na poczatku
        sie  poczciwiec  napracowal.  Cala  robote,  od  drugiego
        tygodnia  istnienia  czlowieczka wlacznie, odwalam ja!  I
        nawet  nie  dostaje  alimentow ani zadnych niefinansowych
        srodkow na wychowanie tej malej zmijki.. A tym dyjamentem
        ponizony  zostal  mlody tak jak ja  oniegdaj  czysta, jak
        dyjament, wolna wola...
        - Despota! - krzyknelam nagle  w  przyplywie bolu pamieci
        zdarzen z samego poczatku...
        - Cicho tam! - zagrzmial zirytowany i poslal na polpietro
        pare glodnych, ujadajacych piorunow. Czlowieczek malo nie
        oberwal  i  wsciekly,  zamiast  uzalac sie sprawcy calego
        zamieszania przybiegl do mnie i bezczelnie zaczal mnie od
        niajgorszych wyzywac...
        Po  jakims  czasie  zapanowal miedzy mlodym  czlowiekiem,
        ktory  nader szybko sie rozwijal,  a mna,  zyskujaca  dla
        niego coraz wiecej sympatii  -  pokoj. Rozegralismy nawet
        pare razy partie szachowa!  Oczywiscie wygrywalam zawsze,
        tylko  raz  dajac  mu  na pocieszenie sie pokonac...  Ale
        musialam,  w  cichosci ducha,  przyznac,  ze  pewne  jego
        posuniecia byly mistrzowskie i sama bym sie takimi smialo
        chwalila.

        Byla  tez  cala masa innych gierek,  ktorymi  zapelnialam
        czlowieczkowi swoje nudne popoludnia.. Jednak czlowieczek
        zrobil sie, ostatnimi czasy, potwornie  kaprysny.  Czesto
        pyskowal.  Bywal niewdzieczny. Zreszta obrazal sie o byle
        co. Caly czas przechwalal sie tym, ze to on ma dyjament..

        Zdarzalo sie,  ze g dy  mu  bylo wyjatkowo zle,  badz gdy
        stary  rzucal piorunami, kiedy mu cos  tam na  gorze  nie
        wyszlo - czlowieczek nie chcial sie do mnie odzywac, badz
        przeklinal mnie, za uchylanie plachty owej siodmej nocy..
        Nie wiedzialam co robic.  Na pewnien czas go opuscilam, a
        on sam  rozwinal  w  sobie,  bardzo  szybko,  pewne  moje
        zdolnosci.  To bardzo  zdenerwowalo poczciwego staruszka,
        ktory zapomnial juz dawno czasy,  kiedy mnie kochal...  i
        ja jego kochalam.  Nasze dwie  niebieskosci oddawaly  sie
        ekstazie  o  jakiej czlowieczkowi z jego dyjamentem nawet
        sie nie snilo.. I wtedy popsula mi sie krew. I wtedy mnie
        odepchnal tak mocno, ze upadlam.. Tylko dla tego, ze mimo
        milosci odwazylam sie mu sprzeciwic...

        I teraz nagle,  gdy ja nadal mloda,  w sile wieku, swoimi
        powabami   przeciagalam  zdezorientowanego  czlowieka  na
        swoja strone naszegokonfliktu, on posiwial, zmarkotnial i
        przeszedl ze mna na otwarta wojenna sciezke.  Czlowieczek
        do  tego  momentu  wiele sie ode mnie nauczyl i czesto mi
        pomagal, ku  jeszcze  wiekszemu zaniepokojeniu  starca...
        Zastanawialam sie, kiedy stary umrze... Ale chyba jeszcze
        nie  wymyslil sposobu jak zadac  sobie  koniec.  Za to ja
        czulam,   ze  juz  niedlugo   przyjdzie  mi  czekac,  aby
        przeprowadzic sie na gore i przejac laboratorium...

        Pewnego  wieczoru, siedzac u siebie, na dole, przy wesolo
        trzaskajacym kominku,  skubalam swoja blizne na ogonie...
        Popoludnie  minelo mi bardzo przyjemnie.  Moje stosunki z
        czlowiekiem ukladaly sie z dnia na dzien lepiej.  Od paru
        dni  rozwazalam  nawet  mozliwosc  uchronienia  go  przed
        atakami furii staruszka - tu, u mnie. Tak! Dojrzal juz do
        tego,  aby sie  do mnie na dol przeprowadzic i tu wlasnie
        razem bedziemy czekac az stary skona.

        Wstalam wiec, dopilam herbate i ruszylam po czlowieka...
    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl