Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

			      Tydzien

			    by Gwozdziu

	Motto: "Tak wyglada czlowiek skazany... na sukces"


				  I

  W Kapitolu ustawili bramke na karty magnetyczne. Skandal - nie mozna
wejsc bez karty, chyba, ze sie odda do portierni legitymacje. Bylo kolo
siodmej po poludniu, gdy chcialem wejsc do akademika i natknalem sie na
te przykra niespodzianke. Zaczalem oponowac, gdy gruba portierka, do
oddechu ktorej nie powinno sie przystawiac w zadnym wypadku ognia,
wyskoczyla do mnie z pyskiem, ze czy cos mi sie nie podoba i co ja sobie
wyobrazam. Chcialem jej powiedziec, ze przy jej tuszy nie powinna sie tak
ekscytowac, bo to grozi hercklekotami, ale zamiast tego oddalem grzecznie
legitymacje i przestapilem progi tego domu wszelakiej rozpusty. 
  W zasadzie przyszedlem tu w jednym tylko celu - pograc w Quake'a z
Romkiem. Quake to paskudna gra, w ktora gramy juz ponad rok. Poszedlem od
razu do Romka do pokoju, ale ten akurat gral z Adamem. Chociaz gra bym
tego nie nazwal, to byla raczej rzez. Po pewnym czasie Adamowi sie
znudzilo i wzialem od niego myszke. Mialem nadzieje, ze pojdzie mi
lepiej, bo Romek konczyl wlasnie drugie piwo, ale gdzie tam - dostalem
baty w stosunku dziesiec do jednego. Adam, ktory przygladal sie "walce"
powiedzial:
  - Cienki jestes Gwozdziu. Ale gdyby Romek wypil jeszcze szesc piw, to
moze byloby lepiej.
  - Dzieki... - odparlem. - O kurwa! - wrzasnalem, gdy kolejna rakieta
wrzucila mnie do lawy.
  - Czterdziesci piec. - Adam spojrzal na zegarek.
  - Co czter... Ach. - Chodzilo o ilosc sekund od poprzedniej "kurwy". -
Mam juz tego dosc, chamieje przez ciebie, Romek...
  Wstalem od klawiatury. Wtedy sobie jeszcze cos przypomnialem - problem
komiwojazera, czyli to, po co przyszedlem do Kapitolu (a przynajmniej tak
wolalo myslec moje sumienie). Zapytalem:
  - Romek, robiles juz komiwojazera?
  - Nie, trenowalem w Quake'a. Jest jeszcze kupa czasu.
  - A... Bo ja zszedlem ponizej pieciuset tysiecy, i nie wiem, czy
optymalizowac dalej... - chodzilo o napisanie programu znajdujacego
minimalna droge miedzy kilkusetoma miastami.
  - A za to ja bardzo dobrze gram w Quake'a.
  - I wiesz, jak wkurzyc czlowieka. Czesc, chlopaki, trzymcie sie!

				* * *

  Wyszedlem z Kapitolu i po pieciu minutach bylem w nim z powrotem,
zapomnialem wziac legitymacje z portierni. To mnie dobilo. Do siebie, na
stancje szedlem juz totalnie wkurzony na caly swiat. Potracil mnie jakis
gosc w czarnym prochowcu. 
  - Czesc Gwozdziu - uslyszalem.
  - Dla ciebie pan Gwozdz - odparlem, spojrzawszy na faceta. Po czym
odwrocilem sie i przyjrzalem dokladniej. - Sorry, czy my sie znamy? - Nie
moglem goscia rozpoznac: blond wlosy, super przystojna twarz i sylwetka
sugerujaca, ze jej wlasciciel codziennie rano wpieprza sterydy - wzorcowy
"aryjczyk". Nie cierpie takich tak zwanych stuprocentowych facetow. Gosc
popatrzyl na mnie, usmiechnal sie kretynsko i poszedl dalej. Wzruszylem
ramionami i tez poszedlem. 

				* * *

  Zobaczylem ja kolo Lipska, hotelu pracowniczego AGH. Nawet jesli nie
miala przepisowych dziewiecdziesiat - szescdziesiat - dziewiecdziesiat -
sto osiemdziesiat, to niewiele jej brakowalo, do tego piekna twarz i...
tak, dlugie, kasztanowe wlosy. Chwile podziwialem, po czym wsadzilem rece
w kieszenie, przygarbilem sie jeszcze bardziej i ze wzrokiem wbitym w
ziemie sprobowalem ja wyminac. I, oczywiscie, potracilem ja. W typowy,
reklamowo-telewizyjny sposob rozsypala zawartosc swojego segregatora na
chodnik. Baknalem "ohprzepraszam" i schylilem sie, aby pomoc pozbierac
kartki. Przyjrzalem sie jednej: "Wstep do informatyki, dr Lasecki".
  - Hej. Studiujesz infe na pierwszym roku?
  - Tak, skad wiesz? - Spojrzala na mnie. Ach... Piekny glos, i te
oczy... O malo co sie nie zakochalem. Smieszna rzecz, te hormony, co nie?
  - Zgadlem. Jestem Gwozdziu. Znaczy sie Jakub. Trzeci rok infy.
  - Mariola. Milo mi. Hej... ten Gwozdziu?
  - No... nie wiem.
  - Ten od info1? Lasecki mowil cos o liscie na wykladzie, a przynajmniej
probowal. Poza tym Yur wspominal o tobie. 
  To prawda, bylem ownerem info1, listy studentow informatyki z AGH.
  - Fajnie, od razu lepiej sie czuje. A tak w ogole... Ty czytasz info1?
  - Jeszcze nie... Ale chyba sie zapisze.
  - Trzymam za slowo. - Nagle zabraklo mi konceptu, co by tu jeszcze
powiedziec. Moze, ze ladna pogoda, szkoda tylko, ze jest zimno, wieje
paskudny wiatr i chyba bedzie padac?
  - Ide do Kapitolu... A ty chyba stamtad wracasz?
  - Tak - odparlem. - Czesc.
  - Czesc.
  Poszla. Ja tez. Szedlem wkurzony, tym razem na siebie. Nie wiem, czemu.
  Wrocilem do siebie - mieszkam na stancji kilkaset metrow od miasteczka
akademickiego. Myslalem, ze czlowiek nie moze sie czuc bardziej zdolowany
niz ja w owej chwili. Alez nic bardziej blednego, moze. Najpierw Rysiek,
z ktorym wynajmuje pokoj, powiedzial mi, ze pobil moj rekord w
komiwojazerze, a potem... Padl mi dysk twardy w komputerze.
  Policzylem do dziesieciu. Pozniej jeszcze dwukrotnie, i puscilem
wiazanke, jakiej nie powstydzilby sie niejeden szewc. Zjadlem kolacje i
poszedlem spac. 



				 II

  Dzien rozpoczal sie jak zwykle - paskudnie. Obudzilem sie o szostej
trzydziesci osiem i zaczalem gapic sie tepo w sufit. Cztery i pol minuty
pozniej postanowilem wstac. Siedemnascie minut pozniej wstalem i
poszedlem do kuchni zagotowac wody na kawe. Chyba przysnalem na kuchennym
taborecie, bo przyszedl Rysiek i szturchnal mnie mowiac:
  - Jakub, chyba woda sie gotuje. - Coz za przejaw blyskotliwosci! Gdyby
chcialo mi sie otwierac oczy, chyba popatrzylbym na niego z podziwem.
  Siedzialem jeszcze przez dluzsza chwile, Rysiek w tym czasie zdazyl juz
wyjsc z domu. W koncu postanowilem jednak ruszyc tylek i zrobilem sobie
kawy, chociaz wiedzialem, ze nie powinienem. Poranna kawa ma to do
siebie, ze zbyt szybko po niej przytomnieje, zaczynam widziec swiat w
jego paskudnych, ponurych barwach, i od razuodechciewa mi sie zyc.
  W takim nastawieniu poszedlem na uczelnie. Wszedlem do iceesu, czyli
laboratorium Katedry Informatyki i zalogowalem sie na ibma, jeden ze
studenckich serwerow. Na dzien dobry dowiedzialem sie, ze na info1
przyszlo prawie trzydziesci maili. Zajrzalem do skrzynki - wiekszosc
miala dziwny subject "MEN" - jak sie pozniej okazalo, naglowek ten mial
oznaczac Ministra Edukacji Narodowej, ktorym zostal nasz rektor, ale
chyba nie oznaczal, bo pod tym subjectem Romek prowadzil cos, co mozna by
na (bardzo) upartego nazwac flirtem, z Agnieszka z pierwszego roku. Od
razu skojarzylem dwa wypite wczoraj przez niego piwa. Ze tez ludziom tak
malo wystarcza do szczescia... To mi przypomnialo wczorajsze spotkanie
kolo Lipska. Westchnalem, i wzialem sie za szukanie po siec
i rozwiazania do komiwojazera.




				 III

  Nastepny dzien rozpoczal sie w ten sam sposob. Kilkanascie minut
wstawania i super mocna kawa, zeby sobie do reszty popsuc nastroj.
  W iceesie postanowilem dolaczyc sie do dyskusji "MEN". Bedac ciagle pod
dzialaniem kofeiny, wyslalem kretynskiego maila i dwadziescia sekund
pozniej stracilem zainteresowanie dla sprawy.
  Zobaczylem bowiem list od Marioli. Chwile potrwalo, zanim skojarzylem
"kim, do cholery, jest Mariola?", ale pomogla mi sama tresc maila.
Chciala sie zapisac na info1. Drzacymi rekami wpisalem komende dodajaca
nowych czytelnikow do listy, po czym napisalem do niej prywatnego maila.
Ze sie ciesze, ze sie zapisala i tak dalej. Odpisala w ciagu minuty -
musiala byc zalogowana. Do pierwszej po poludniu wymienilismy chyba ze
dwadziescia postingow (poczta elektroniczna to jedno z najfajniejszych
wynalazkow ludzkosci, zaraz po kole, procesorze 8086 i aspirynie), po
czym spotkalismy sie w klubie na dole. Na wieczor zaprosilem ja do kina -
koniecznie chciala zobaczyc jakis film sf, a ja wybralem "Men In Black",
bo nic lepszego nie bylo akurat w repertuarze. Mariola powiedziala, ze
przyjdzie po mnie, bo ona wynajmuje mieszkanie kolo Ronda Bronowickiego,
i nie ma sensu, zebym ja po nia szedl.
  Stan, w jakim sie znalazlem, graniczyl z nirwana. Zachowywalem sie jak
pijany, i non stop nucilem melodie z "Love Story", chyba zdrowo
falszujac. Whatever.

				* * *

  Przed kasa Mariola koniecznie chciala zaplacic za swoj bilet, no, ale
to "nie byloby w moim stylu". Wiec zaproponowalem rzut moneta. Wybrala
reszke. Podrzucilem zlotowke i... wypadla reszka.
  - Przegralem. Wiec musze zaplacic za ciebie - rzeklem. Oczywiscie,
gdyby wypadl orzelek, powiedzialbym cos w stylu "wygralem, wiec place".
Ma sie ten gest, no nie? Jak szpan, to szpan.
  Weszlismy do srodka i zafundowalem jej i sobie cole. Po paskarskich
cenach - jak to zwykle w kinie. Mialem paskudne uczucie, ze moj portfel
patrzy na mnie oskarzycielskim wzrokiem...
  Gdy juz siedzielismy w fotelach, zaczelismy komentowac reklamy kinowe.
Najpierw dwa piwa, bezalkoholowe oczywiscie, pozniej przestrzenne
brzmienie Philipsa, jakies perfumy i dzinsy. Reklama tych dzinsow miala,
wedlug tworcow, przedstawiac scenke rodzajowa w promie kosmicznym.
Mariola prychnela i powiedziala:
  - Co za glupota! Sex w niewazkosci. Czego ci ludzie nie wymysla.
  - Ze co? - to byl jeden z licznych przykladow mojej elokwencji.
  - Pomysl logicznie. W zero-G wszystkie ruchy trzeba wykonywac nad wyraz
delikatnie, bo inaczej grozi to utrata kontroli nad wlasnym polozeniem. W
ciagu chwili mozesz znalezc sie na przeciwnej scianie, na przyklad ze
zlamana reka. Nie mowiac o tym, ze przy, dajmy na to, stosunku
przerywanym, mozna zapackac cala kabine.
  Spojrzalem na nia zaskoczony.
  - Ty to musisz miec spory bagaz doswiadczen - zadrwilem.
  Odwrocila glowe w moim kierunku. Wzruszyla ramionami i usmiechnela sie:
  - No... Dla producenta dzinsow, w kazdym badz razie, liczy sie fakt, ze
trzem czwartym tluszczy zebranej w tym kinie reklama sie podoba.
  Przytaknalem i dodalem cos od siebie o tragicznym wplywie komerchy na
tak zwana kulture. Te rozmyslania przerwal poczatek filmu.

				* * *

  Wydaje mi sie, ze Mariola bawila sie dobrze, chociaz zauwazylem, ze
smiala sie w nie zawsze odpowiednich momentach, ale to szczegol - kazdemu
moze sie podobac co innego, right?
  Po filmie pospacerowalismy troche po Parku Krakowskim, a pozniej
zatrzymalem taksowke i odwiozlem ja do domu. Ma sie ten gest...
  Gdy juz wrocilem do siebie, sprawdzilem stan portfela. O w morde,
prawie pol banki. Niezle, jak na pierwszy raz. I jak na film, ktory juz
raz widzialem.
  Ale melodia z "Love Story" znowu sie do mnie przyczepila, jak rzep do
psiego ogona.



				 IV

  Nastepnego dnia, w czwartek, przyszla do mnie troszke wczesniej -
akurat robilem komiwojazera. Popatrzyla przez kilka minut, jak sie mecze
i powiedziala:
  - Sprobuj odwracac kolejnosc po kazdym kroku optymalizacyjnym.
  Popatrzylem na nia zbaranialym wzrokiem, ale dopisalem odpowiednia
procedurke. Zszedlem o kolejne dziesiec tysiecy.
  - Hej! To dziala! Skad wiedzialas?
  - Dedukcja.
  - Ha ha, smieszne. Zreszta niewazne, idziemy juz?
  Tym razem to byl "Piaty element", ktory tez wczesniej widzialem, i
uwazalem za przerost formy nad trescia, czyli "zgubny wplyw komerchy..."
No, ale czego sie nie robi dla towarzystwa? W kazdym badz razie, czego
sie nie robi dla takiego towarzystwa...
  Duzy plus stanowil fakt, ze tym razem ona fundowala. Mnie jakos
przeszla hojnosc. 



				  V

  Piatek. Gdy przyszla do mnie (tak, znowu mielismy isc do kina, to sie
nazywa: rozmach), gralem sobie akurat w Quake'a z botami - programikami
symulujacymi normalnych graczy. Nagrywalem demo na konkurs, ktory mial
sie odbyc w najblizszym czasie na miaste czku akademickim. Chodzilo o to,
kto zalatwi najwiecej botow w pewnym okreslonym czasie, ja robilem juz
czterdziesci szesc i bylem z tego wyniku calkiem zadowolony. Mariola
poprosila, zebym dal jej sprobowac. Juz za drugim razem wykrecila
osiemdziesiat dwa. Oniemialem.
  - O rrrety... jak?
  - Gralam w to juz kiedys. Nawet bylam calkiem dobra.
  - Hej... cos mi sie przypomnialo... Umiesz gotowac?
  - Tak, a co?
  Spojrzalem na nia z szacunkiem, i skojarzylem "The Supreme One" z
"Piatego Elementu". Tamta miala byc doskonala, ale jakos nie widzialem,
aby cos upichcila...
  Na wszelki wypadek zostawilem sobie kopie nagranego demka. Mariola
grala, ale nie zmienila nicka, wiec wygladalo to tak, jakbym to ja
nagrywal. Ciekawe, co powie na to Romek...
  Poszlismy - tym razem na premiere "Kontaktu". Znowu przyszla na mnie
kolej do placenia. Oczywiscie Mariola chciala zaplacic za siebie, a ja
znowu podrzucilem monete. Tylko, ze jej nie zlapalem. O w morde, ale
wstyd. Za to ona zlapala. Usmiechnela sie i zaplacila za siebie, a ja
spalilem raka. Cos mi psulo nastroj, ale nie wiedzialem za bardzo, co...

				* * *

  Gdy ja odwiozlem i wrocilem do siebie, znowu zajrzalem do portfela.
Szlag... W ten sposob w ciagu kilku dni przepuszcze cale dwumiesieczne
stypendium. Zaczynal sie akurat dlugi weekend przed Swietem
Niepodleglosci i powinienem w zasadzie pojechac do domu, ale... No wlasnie.



				 VI

  Na sobote zaprosila mnie do siebie na obiad. I faktycznie, przekonalem
sie, ze gotowala wspaniale. Zreszta, to po tym zarciu, ktore serwuja w
barze "Zaczek", kazda domowa kuchnia wydaje sie fantastyczna.
  Zjedlismy obiad, zrobilo sie troche romantycznie i wtedy oczywiscie
zadzwonil dzwonek u drzwi. Mariola otwarla i do mieszkania wszedl wysoki,
dobrze zbudowany blondyn. Wydalo mi sie, ze gdzies go juz widzialem, ale
nie bylem pewien gdzie...
  Blondyn mial na imie Marek i byl bratem Marioli. Przytachal ze soba
magnetowid i cztery kasety - "Blade Runnera" i trylogie "Star Wars
Special Edition". Zobaczywszy je zerwalem sie z kanapy.
  - Hej, skad masz SWSE? Przeciez na kasetach wyjdzie dopiero za dwa
tygodnie - to wiedzialem akurat na pewno. Od miesiaca trabia o tym na
newsach.
  - Prosto ze Stanow. Znasz mam nadzieje angielski?
  - Jes, of kors... Naturlis jawol, absolimou... - zareagowalem z
szybkoscia blyskawicy. I z taka sama bezmyslnoscia.
  - Ho ho ho, ja tez widzialem juz Kilera, ho ho. - Alez on mial
kretynski smiech. Mialem nadzieje, ze zaraz sobie pojdzie, ale gdzie
tam... Zaproponowal, zebysmy sobie obejrzeli teraz "Blade Runnera", a
Mariola powiedziala, ze chetnie. To coz mialem robic? Tez sie zgodzilem.

				* * *

  Byli wyraznie zafascynowani filmem, zupelnie jakby widzieli go pierwszy
raz - az zaczalem sie zastanawiac, w jakiej gluszy zyli do tej pory. Pod
koniec, gdy Rutger Hauer powiedzial do Harrisona Forda: "All these
moments will be lost in time like tears in rain. Time to die", wydalo mi
sie, ze widzialem lezke w oku Marioli. Za to Marek mial mine, jakby
chcial kogos zamordowac. Mialem nadzieje, ze po filmie sobie pojdzie, ale
na nadziei sie skonczylo.
  Wobec tego postanowilem przypomniec sobie o komiwojazerze. Wstalem,
pozegnalem sie, umowilem z Mariola na niedziele i wyszedlem na dwor.
Przeszedlem przez ulice i skierowalem sie w strone przystanku 
autobusowego. W polowie drogi swiat nagle rozblysl teczowo, a ja
zobaczylem ziemie zamierzajaca uderzyc mnie w twarz. 




				 VII

  Gdy sie obudzilem, paskudnie bolala mnie glowa. Najpierw rzut okiem na
zegarek - mala wskazowka na dziewiec, duza na... na dol. Niewazne -
niedziela dzisiaj. Jakies szesc i pol minuty zajelo mojej korze mozgowej
zdziwienie sie, czemu sufit jest seledynowy, a nie bialy, jak zazwyczaj.
Otwarlem szeroko oczy i do pokoiku weszla Mariola z dwiema filizankami w
rekach.
  - Dzien dobry. Jak sie spalo?
  Patrzylem na nia jak ciele na malowane wrota. Na reszte pokoju tez
popatrzylem. Nie, stanowczo to nie byl pokoj w ktorym budzilem sie co rano.
  - Co... ja... tttu...
  - Zostales wczoraj napadniety przez dwoch oprychow. Jakas starsza
kobieta podniosla larum i Marek wybiegl zobaczyc co sie dzieje.
Przepedzil ich, i przyniosl cie tutaj. 
  A... to dla tego tak mi leb peka...
  - Posluchaj, musze leciec, mam cos do zalatwienia. Zrobilam ci herbaty, 
w kuchni masz tez sniadanie. - Zauwazylem, ze sama pila kawe. Kawe
idealna - powierzchnia cieczy w jej filizance wygladala jak cialo
doskonale brazowo-czarne.
  - Chce kawy - wyjeczalem.
  - Kawa ci szkodzi, masz po niej wrzody na zoladku. I w ogole zle sie
odzywiasz. Powinienes jesc wiecej slodyczy.
  - Ze co???
  - Masz niedozywiony mozg. Za malo weglowodanow. Czesc.
  To mowiac wyszla. Troche skolowany wstalem i ubralem sie - ciuchy na
szczescie byly obok lozka. Wypilem herbate, ale nie chcialo mi sie robic
zadnego sniadania. Wyszedlem, i wrocilem do siebie.

				* * *

  Otwarlem drzwi i wszedlem do pokoju. Ryska nie bylo, ale przy moim
komputerze siedzial jakis pokurcz i stukal w klawiature.
  - Czesc, Gwozdziu - gosc sie odwrocil.
  Myslalem, ze zemdleje. Wiec tak wygladam? Taki mam glos? Ja pierd...
  Nie dokonczylem tej wznioslej mysli. Tamten ja powiedzial:
  - Wiem, wiem... Dla ciebie pan Gwozdz? Fajnie cie widziec, co? Mysle,
ze powinnismy sobie wytlumaczyc kilka rzeczy, prawda?
  Zemdlalem. Zawsze sie zastanawialem, jakie to uczucie zemdlec. Teraz
juz wiem. Nieprzyjemne.

				* * *

  Wiedzialem, ze snie. Nie moglem nic powiedziec, nic zrobic, nawet
uszczypnac sie w dupe. Widzialem siebie mowiacego... do mnie. Tamten ja
stalem w jakiejs dziwnej przestrzeni, ktora co chwile sie zmieniala. Raz
byl to plaster miodu, raz schemat obwodu elektrycznego, a raz epicentrum
wybuchu bomby nuklearnej. Widok byl zaje... fenomenalny, sceneria
zmieniala sie caly czas, a ja ja nie tylko widzialem. Odbieralem ja
wszystkimi zmyslami - slyszalem, czulem... Czulem, jak promieniowanie
gamma scina mi bialko w oczach, jak rozrywa mnie cisnienie mojego ciala,
to znowu jak imploduje. Kapitalne - najlepsze, w kazdym badz razie, bylo
to, ze nie czulem bolu. CZULEM swoj glos. 

				* * *

  Wybacz, ze ci to robie, ale to najlatwiejszy sposob, abys dowiedzial
sie prawdy o nas.
  "O was?"
  Fakt numer jeden. Nie pochodzimy z ziemi. 
  ""
  Widzisz? Przyjales to calkiem latwo.
  "?"
  W zasadzie przyjales to latwo, bo troche trudno jest zemdlec, gdy sie
nie ma przytomnosci. Ho ho ho.
  "#%^$&!"
  No nie zzymaj sie tak. Fakt numer dwa. Nie powiemy ci, skad pochodzimy.
Ho ho ho.
  "Skoncz z tym kretynskim smiechem. Ty jestes Marek."
  Mark czterdziesci dwa lamane przez dwiescie piec, po przeliczeniu na
uklad dziesietny.
  "Mariola..."
  Mark czterdziesci dwa lamane przez dwiescie szesc.
  "Mark?"
  Jestesmy tworami technologii. Chociaz zywymi, zbudowanymi z bialka. I
to nawet weglowego. Zostalismy stworzeni do tej jednej misji, po zebraniu
i opracowaniu materialu umrzemy.
  "Kim jestescie? Czego chcecie? Ale wlasnie zadalem banalne pytanie."
  Jestesmy badaczami.
  "Jajcarz, kurwa, jestes. Bardzo smieszne"
  Wyrazasz sie... Przepraszam: myslisz co najmniej wulgarnie. Ale
naprawde, badamy wasza cywilizacje. Pod jednym katem: czy warto nawiazac
z wami kontakt.
  ""
  Wierzysz, wierzysz.
  "Nawet jesli... I co, warto?"
  Jeszcze poczekamy, az dojrzejecie.
  "Spotkalismy sie w poniedzialek, prawda? Wiedziales juz, jaka mam ksywe"
  Tak. Wiedzielismy o tobie dosc duzo.
  "- Ide do Kapitolu... A ty chyba z tamtad wracasz?"
  Tak. Mark... Mariola o malo co nie zepsula calej akcji. Na szczescie ty
juz byles zalatwiony.
  "?"
  Jestesmy rownierz empatami. 
  "To dlatego niczego nie podejrzewalem? To dlatego jej wszechstronne
zdolnosci nie budzily mojej nieufnosci?"
  Budzily, i to bardzo. A mysmy ja usypiali.
  ""
  Chcesz sie jeszcze czegos dowiedziec?
  "Dlaczego mi to mowisz? Moge komus powiedziec."
  Mariola chciala, aby ci powiedziec. Chyba cie polubila.
  "Chyba polubila... fajnie."
  Oficjalnie ani Mariola, ani ja nie istniejemy. Mieszkanie kolo Ronda
Bronowickiego jest pustostanem od trzech miesiecy, Mariola nie byla nigdy
studentka, nie miala konta na ibm'ie, nikt jej nigdy nie widzial.
  "Rysiek..."
  A powiedziales mu o niej? Nie. Tez sie nigdy nie spotkali. A od wczoraj
wieczor ja udawalem ciebie. Nie polapal sie, sam czul sie bardzo chory. A
przy okazji, zrobilem za ciebie kawalek projektu z asemblera. Mysle, ze
powinienes mi podziekowac.
  "#^$%&"
  Nie jest az tak zly... Spodoba ci sie, zobaczysz.
  "Powiem o tym komus."
  Po pierwsze: nam to wisi. Po drugie: co by ci to dalo? No chyba, ze
chcesz wyladowac w sanatorium w Tworkach... Psychiatra stwierdzi, ze
pomieszalo ci sie po ostatniej burzy magnetycznej na Sloncu. A ty nie
bedziesz mial zadnych dowodow.
  ""
  Tak. Demo quake'owe tez skasowalem. Tak samo kopie listow, ktore
wyslales do Marioli.
  ""
  I ciesz sie, ze sie z nia nie przespales. Uznalismy, nie potrzaba nam
twojego materialu genetycznego.
  "Uznaliscie, jak milo. Ale masz racje, czulbym sie teraz jak sodomita."
  O... wraca humorek... probujemy byc dowcipni? Poza tym, podpadlbys pod
art ka ka sto siedemdziesiat szesc, za czyny lubiezne na nieletniej. Ona
ma dopiero trzy lata.
  ""
  Tak?
  "Troche mi glupio, ze przeze mnie uznaliscie rase ludzka za
niegodna..."
  Badalismy jeszcze cztery tysiace innych osobnikow. Zaden z was nie
spelnia nawet minimalnych warunkow i w ogole nie macie poczucia humoru.
No, czas konczyc te pogawedke, jeszcze kilka sekund i nie wyjdziesz juz z
komatozy.
  "Pozdrow ode mnie Mariole"
  Mysle, ze nie powinienes o niej myslec. Bylo, minelo. 
  "All these moments will be lost in time like tears in rain?"
  Cos w tym stylu. No, trzymaj sie.

				* * *

  Ocknalem sie. Lezalem na ziemi, w kurtce - tak jak przyszedlem. W
pokoju nie bylo nikogo. Zdaje sie, ze zemdlalem z nadmiaru wrazen... Ale
mialem dziwny sen... Szkoda tylko, ze juz go nie pamietalem.
  Wlaczylem radio, akurat zaczela sie piosenka Elektrycznych gitar:

	Ona jest pedalem
	Wlasnie sie dowiedzialem
	Ze dusza i cialem
	Ona jest pedalem

  W tym momencie przypomnialem sobie moj sen i zdjela mnie zgroza.
Musialem sie upewnic.
  Wyszedlem z domu, wsiadlem do autobusu i pojechalem do Marioli.
  Drzwi do mieszkania byly zaplombowane, klamka zakurzona. Zadzwonilem,
oczywiscie bez odzewu. Szlag. Czyzby to jednak byla prawda? W trakcie
drogi powrotnej umacnialem sie w tym przekonaniu. Wszystko zaczelo sie
ukladac w jedna calosc...
  Chyba zauwazylem w tlumie w autobusie Marka. Nie, zdawalo mi sie.

				* * *

  Poszedlem do "Zaczka" i kupilem tania fasolke po bretonsku. No,
Gwozdziu, przepusciles osiemdziesiat nowych polskich zlotych na panienke,
to teraz trzeba je na czyms zaoszczedzic, nie? Musze kupic nowy dysk
twardy, na zapasowym dlugo nie pociagne... Nie ma gdzie trzymac dem z
Quaka...
  W zupie byla jakas twarda chrzastka, o malo nie zlamalem na niej zeba...



				Epilog

  Sprawdzilem - na pierwszym roku nie bylo nigdy zadnej Marioli. Nie bylo
tez takiego konta na ibm'ie. Ale bylo cos innego. Prowadzilem prywatne
logi z zapisow na info1. I ona tam byla...
  Uruchomilem edytor i sfalszowalem logi. Przeciez nigdy nie bylo zadnej
Marioli, prawda?
  Postanowilem jednak napisac o tym opowiadanie, co najwyzej troszke je
ubarwilem, i zmienilem czesc imion. Wlasnie skonczylem - i dobrze, bo
wyszla mi czekolada (a mozg potrzebuje cukru...). Tylko co tak smierdzi?
  O, szlag! Zostawilem w kuchni wlaczony czajnik, zeby zagotowac wode...
dobre trzy godziny temu.


					Jakub "Gwozdziu" Gwozdz
					gwozdziu@rpg.org.pl
					http://gwozdziu.rpg.org.pl



  A propos. Wczoraj jeden kumpel powiedzial, ze zycie jest piekne. Nie
wiem, co on bral, ale tez chcialbym dzialke... Komiwojazera oddalem
niechcacy z bledem, konkurs Quake'owy wygral Romek, podczas gdy ja
odpadlem w jednej osmej finalu, a grzalke w czajniku chyba przenicowalo
na lewa strone. I tym optymistycznym akcentem...
    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl