Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

Lozko - checked
komputer - checked
dom - checked (wszyscy spia)
mp3 - checked (aktualnie Offspring)
podloga - checked (sterta ksiazek, puste puszki po pepsi)
godzina - checked (24:33)

	Czyli wszystko gotowe...
	Wszystko zaczelo sie w przedszkolu... juz wtedy ...
	Aaaa, moze jednak z innej beczki.
	Amerykanie maja takie powiedzenie : "living in the fast lane". Tak
sie wlasnie teraz czuje. Obliczylem sobie ze jak odejme caly czas spedzony
na nauce i pracy, jedzeniu, drobnych robotach w domu, dojazdach, spaniu,to
mi wychodzi ze mam jakies 3 godz wolnego na dzien.
	Potem jeszcze chcialbym ogladnac film, przeczytac ksiazke,
przegladnac "Scientific American", napisac strone WWW, odrobic lekcje,
przekonfigurowac mojego linuxa, polezen wpatrzony w sufit. Poczuc
ze sie jest a nie: bedzie...
	O juz widze ze zaczynacie przysypiac, ja w kazdym razie juz to
robie. Siedze sobie na lozku, oparty o sciane. Za mna plakat do
"Bladerunnera" blyszczy na scianie, obok stoi rower... moj swiat. Powoli
mozg odmawia posluszenstwa - oczy traca ostrosc widzenia, po 5-kroc czytam
te sama linijke i ciagle jej nie rozumiem. Po prostu zmeczenie.
	Nawet nie wiem o czym by tu pisac. W ciagu ostatnich 4 dni zdazylo
sie tyle co normalnie przez pol roku. I zadnych wrazen, nic nie czuje.
Mogbym opisac jak to jechalem ze szkoly o 22-giej. Kretymi drogami w dol
wzgorza pedzilem z predkoscia ,ktora wyciskala lzy z moich oczu. W
kompletnej ciemnosci jedyne co widac to drgajaca plama swiatla na jezdni -
lapka roweru i cienie istnien otaczajace ze wszystkich stron. Pedzac tak
na zlamanie karku czuc, nie widac, kazda nierownosc asfaltu. Nie ma czasu
na reakcje. Po prostu sie tam jest - teraz, w tym momencie rower wyrywa
kierownice z rak, bez zadnego ostrzezenia. Czasami samochod z przeciwka
wyjezdza na dlugich swiatlach. Chyba mu sie wydaje ze rowerzysta nie
potrzebuje widziec, gdzie jedzie.
	Wjezdzam w zakret, nagle snop jasnosci oslepia mnie. Trace
kompletnie orientacje - "gdzie jest przod?, gdzie ta barierka?, czy zaraz
wpadne w staw ?". Z calych sil zaciskam rece na chamulcach. Samochod
powoli przejezdza. Widze ciemnosc. Znowu chwila musi minac zanim
przyzwyczaje sie do mroku. I po chwili nastepny pojazd ...
	Albo gdy jada z tylu- nagla poswiata, rozswietlona nitka szosy,
kazda szczelina objawia sie w swojej nadrealnosci. Swiatlo zbliza sie,
jest obok, za nim smola nocy zalewa ponownie droge.

	Bylem w polowie mojej codziennej trasy, wlasnie zjechalem z gorki,
czekalo mnie jeszcze drugie tyle powolnej wspinaczki na przeciwlegly stok.
I baterie wysiadly...
	Stoje na krawedzi szosy. Miga czerwone swiatelko z tylu mojego
roweru. W tej niklej poswiacie staram sie odnalesc zapasowe baterie.
Grzebie na wyczucie w plecaku: klodka, kluczyk..., dlugopis..., hmm to on
tu byl a myslalem ze go zgubilem..., zeszyt, smieci, klodka, bateria, O!,
tu jest...Jeszcze srobokret. Szukam raz, drugi. Czekam az samochod
przejezdza i w blasku jego swiatel staram sie odnalesc wlasciwy
przedmiot... Nie ma. "Co za glupek ze mnie !, Cholera, Cholera, Cholera
!!!"...	
	Co tu zrobic ... Wlasnie wynurza sie z bocznej drogi jakis pojazd.
Staje... Podbiegam z rowerem, macham rekami. Jakis glos, kobiecy, ze
srodka. Rzucam : "Excuse me, but do you have a screwdriver ?". Chwila
ciszy, Nic nie widze... "No, I am sorry, not" i odjezdzja...

	"@#$%#@!" 

	No coz... pora jechac... Wsiadam na rower i jade, jade, jade.
Nocna jazda dziwnie wplywa na umysl. Czas zanika, wszystko jest zawieszone
w niebycie. Cala uwaga skupiona jest na rozpoznawaniu ksztaltow na
podstawie cieni. Jakies niejasne mysli kolacza sie pod czaszka. Jakies
plany, rozwazania... Nawet sie czlowiek nie obejrzy a juz jest w domu.
	1:01, powinienem pojsc spac... a co tam. To sa moje jedyne chwile
wolnosci. Pozna noc. Nikogo wokolo. Czasami lubie sobie pojsc o takiej
porze nad jezioro. To tylko w dol driveway-u, przez droge i kilknascie
metrow w las. Ubieram sie cieplo, zakladam moje stare znoszone buty i
biore latarke. Jest takie miejsce - brzeg zniza sie do wody, jest kamien.
Siedze tak sobie. Czasami kilka minut, czasami kilka godzin. Najlepiej
jest zima. Gdy snieg pokryje wszystko, mroz szczypie w policzki.
Siedze sobie i mysle...

	Wczoraj bylem w Nowym Jorku... Na sztuce na Broadway-u. 
	Dzisiaj jestem w Swartswood, New Jersey
	Jutro bede w Newton, w szkole...
	Za rok ...
	Za dziesiec ...
	
	Obudzilem sie. Jak zwykle lezalem przez chwile w lozku. Nie
otwierajac oczu. To ten moment kiedy ciepla obecnosc nocy jeszcze zwleka
z odejsciem ale juz szara codziennosc wali w drzwi wejsciowe. Leze sobie i
slucham.
	Pies, chodzi ,czeka na jedzenie. Kroki na gorze. Jakies szurania.
Pompa za sciana...
	Powoli otwieram oczy. Polmrok, jak zwykle... Wlaczam komputer.
Wstaje - ide sie myc. Bezmyslna radosc istniena zawarta w drobnych
codziennych czynnosciach: pasta na szczoteczke, umyc zeby, glowa pod
kranem i cieply strumien mieszajacy sie z wlosami, wilgoc recznika , ktory
jeszcze nie wysechl od wczoraj...
	Mysli ukladaja sie w plany a te o tej porze wydaja sie tak proste
do wypelnienia.
	Zaczac pisac strone WWW, zrobic graf do klasy Database Management,
napisac cos, nie ruszac sie z lozka przez caly dzien.
	Juz ubrany spowrotem zwalam sie na swoj barlog. Pollezac , z
klawiatura pod nosem... Migaja ekrany, rzeczy powstaja i gina w wirze
kreacji. Czuje czysta, niezmacona radosc. Oto jestem, oto tworze. 
	Glos z daleka: "Mateusz!". "Taaak ?!", rzucone przez ramie. I
odpowiedz "Sniadanie!". "Aaaa, to juz tak pozno?". Zwlekam jeszcze kilka
minut. Nalesniki z syropem klonowym... Jem, pije sok pomaranczowy, znowu
jem... Koniec. Wreszcie. Wstaje, myje po sobie. Prawie biegiem wracam do
swego pokoju. Przez nastepne kiklka godzin nie ma mnie dla swiata...
	 Moje mazenia... To tylko chwila dla siebie. Znowu trzeba sie
ruszyc ze swojej skorupy. Wylesc na suchy lad... Pora jechac do kosciola.
W ostatniej minucie dzwoni telefon. "Mateusz- to do ciebie...". 
	Wycofuje sie na z gory upatrzone pozycje. Na taras. Zamykam drzwi
za soba. Wtedy "Hello...", "hi"... znowu ona. Nie rozumiem dlaczego ciagle
dzwoni. Nie dlatego, ze tego nie lubie. Po prostu nie uwazam siebie za
kogos wartego godzinnej rozmowy pozamiejscowej. Cos co po angielsku zwa
"low self-esteem". Siedze na krawedzi, nogi zwisaja nad ogrodkiem ponizej.
Oparty o barierke czuje gorac slonca na moich czarnych dzinsach. Glownie
slucham. Kilka "hmm?","yeah","really?". Nie jestem zbytnio towarzyski.
Albo jak moja rodzina twierdzi - jestem antytowarzyski. Pewnie maja racje.
	Pies siedzi obok, zgiety luk plecow czesiowo oparty o moja noge.
Siedzi i ja siedze... Mysli rozmazuja sie, gubia. Slonce i cieplo. Prawie
poludnie.
	Wciaz potok slow , ktory ledwo rozumiem. Lapie sie jak sam z
podziwem wsluchuje sie w dziwny ciag dzwiekow, ktore sa rozmowa. 
	Koniec. Wylaczam sluchawke - "klik" ... i zapada cisza. Wstaje
powoli, Buddy tez sie zrywa. Wchodze do domu, potem schodami w dol, do
piwnicy. Chlod scian, wilgoc. Otwieram drzwi, wale sie na lozko.
	Komputer wciaz wlaczony...
	Czasami lapie sie na tym, ze chcialbym cos zrobic, pojsc z kims do
kina, albo na spacer, pojechac do miasta... cokolwiek. A potem spotykam
ludzi. Z ktorymi trzeba rozmawiac, wymieniac mysli. I mja piwnica - moj
samotny swiat wydaja sie wybawieniem...
	Kroki po schodach, Glowa wsuwajaca sie do pokoju. To jak
naruszenie rownowagi wszechswiata. To jest piwnica, tu nikt nigdy nie
zaglada, tu zawsze jestem sam...
	Staram sie byc spokojny, opanowany. Slucham, slucham. "Tam jest to
zdjecie, tak to jest we Wroclawiu przed wylotem"..., "To jest kartka, z
zyczeniami...", "Taaak, mialem imieniny, niedawno...", "Urodziny?,
... wtorek ,beda, ten tydzien..."
	Powstaje moja strona. Z mozolem. Glownie smieci..., przez cale popoludnie, wieczor. Z przerwa na
obiad i skoszenie trawnika.
	Patrze znuzony na sterte papierow - na jutro powinienem zrobic
projekt. Nie mam podrecznika, nie wiem jak to powinno wygladac...
zrezygnowany nawet nie chce myslec o zadaniu domowym. Databse
Management... Wiecej w tym matmy i rysowania planow niz komputerow...
	Siadam, odkladam klawiature, bazgrze cos na papierze, o, to moze
byc cos takiego... w szkole zrobie... sam sobie nie wierze... jutro nie
bede mial chwili wolnego przez caly dzien - szkola i praca..
	Juz po polnocy... Wlaczam muzyke, mp3-ki leca. 
$ pico niedziela.txt ... enter.
pisze, kasuje, pisze jeszcze raz, kasuje... A co mi tam... to i tak
smieci... Pisze, pisze, pisze... Juz prawie 2-ga nad ranem.
	To jest cos dziwnego w tym wszystkim... Juz kiedys nad tym
myslalem - czy czlowiek jest w stanie sam siebie zanalizowac ?... Mysle ze
nie. Wizje ktore sam o sobie tworzy sa albo zbyt pozytywne albo zbyt
negatywne. Nigdy siebie nie zrozumiemy...
	Co dopiero mowic o innych.

-------------------
Zielona droga raju nie mogla dostac dlatego zolw wskoczyl na balie i
polynal w szeroki swiat szukac szczescia ludzkosci i ziemia bedac lekka
dla Arystotelesa sama mu dzwignie dala. W glab nieba idziemy wstepujac do
piekla istnienia...
-------------------

	Kiedys pojade do Nowego Jorku , na caly dzien, od switu do nocy.
Bede chodzil po gwarnych ulicach - przybysz z innego swiata, w miescie
immigrantow. Bede sunal w glab kamiennych studni, Szukal slonca w blasku
szyb wiezowcow. Bede zglebial tajemnice ciemnych zaulkow i ciemnosci
ludzkiego mrowiska. Napotkane watki istnien, zebrane w bukiet jak kwiaty.
Miasto pospiechu i wiecznosci zakletej w bezdomnych zagrzebanych w masy
papierow. Bede i nigdy nie zaistnieje ...

-------------------
	Ja chyba naprawde powinienem juz pojsc spac, bredze;)... dobrej
nocy zycze - noc jest switem wolnosci zapomnienia....	 
-------------------


		Javen aka Mateusz Pospieszny
					Swartswood, New Jersey
							28 wrzesnia 1998

2:00 am

:clanad~2/03_abr~1.mp3

:clanad~2/08_tra~1.mp3

2:15 am

    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl