Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc

                                       "YETI"

                               John MacKanacKy
                               (Jacek  Suliga)

                                    * * *

       - Kwestia szczescia - zdusilem polglosem  przeklenstwo gdy moja prawa
  noga  po  raz  trzydziesty  czwarty utknela az po krocze w sniegu. Spodnie
  mialem  juz  kompletnie  przemoczone,  woda chlupotala w butach, zimny pot
  splywal na czolo, brwi i oczy.
       Wyszarpnalem  noge  z  zaspy, gwaltownie nabralem powietrza do pluc i
  powoli  go  wypuscilem.  Odwrocilem sie i zmierzylem wzrokiem stok gory, z
  ktorej  schodzilem.  Caly  pokryty byl gruba warstwa oslepiajaco bialego i
  irytujaco  mokrego  sniegu.  Widac  bylo  niepewnie wygladajace spod niego
  galazki  kosodrzewiny,  ktore  tylko w niewielkim stopniu ulatwialy marsz.
  Widocznosc  dochodzila  do  dwudziestu metrow, reszta ginela w szarej mgle
  splywajacej  z  rownie szarego nieba. Juz dawno uwierzylem w to, ze mgla i
  niebo stanowia jednosc.
       Nieziemsko  piekne  miejsce,  nie  dziwie  sie  Jej, ze wlasnie tutaj
  postanowila uciec.
       Zawial  wiatr, zaszumialo dookola, posypal sie drobny, ostry snieg. W
  spocone  plecy  uderzyl  zimny powiew. Otarlem rekawem czolo, zamknalem na
  chwile oczy. Czas ruszac dalej.

                                    * * *

       Kolejny  slad.  I  jeszcze  jeden, glebszy, na ponad pol metra. Tutaj
  zlamana  galazka kosodrzewiny, wdeptana w twardszy snieg. Kawalek odkrytej
  ziemi,  za nim zabrudzony snieg przez pewien czas znaczyl droge, ktora Ona
  przebyla.  Teraz  powinno  byc latwiej Ja tropic. Usmiechnalem sie lekko i
  odruchowo  sprawdzilem, czy rzemienie plecaka nadal oplataja moje ramiona.
  Bez  jego  zawartosci  nie  mialbym z Nia szans. Obnizylem odrobine daszek
  czapki, szedlem teraz pod slonce. Na twarzy czulem jego cieplo, na plecach
  chlod wiatru.
       Przeziebienie murowane, oby tylko na nim sie skonczylo.
       Teraz troche lagodniejsze zejscie, ubity snieg, przyspieszylem.

                                    * * *

       Po  trzech godzinach marszu mialem juz dosyc. Szkoda, ze szedlem sam.
  Mialem  ochote do kogos sie odezwac, moze nawet poprosic o rade? Nie bylem
  pewien  tego  co robilem. Moi przyjaciele oskarzyliby mnie o brak zdrowego
  rozsadku. Ale przeciez chory czlowiek nie moze go miec.
       Zdaje  mi  sie,  ze  nawet zaczalem ze soba rozmawiac. Nie pamietam o
  czym.  Prowadzilem  ze  soba  jakas  zywiolowa  dyskusje.  Zdaje  sie,  ze
  wygralem: przekonalem siebie, ze sie mylilem.

                                    * * *

       Siedzialem  na  jakims  pniu  przez  prawie  godzine.  Wiedzialem, ze
  powinienem  sie  spieszyc,  lecz  mimo  to nie moglem sie ruszyc. Zostalem
  zahipnotyzowany.  Widzieliscie  kiedys  zachod slonca w sercu zasniezonych
  gor?   Gdyby   nie   zagrozenie   lawinowe   krzyczalbym   z  przedziwnej,
  nieokreslonej,   czystej,   pierwotnej  radosci.  Slonce  zanurzylo  sie w
  nieziemskiej  czerwieni  nieba.  Zabarwila sie od niego nawet wszechobecna
  mgla i wszechobecny snieg. Pewnie ja tez, ale tego sprawdzic nie moglem.
       Zrobilo  sie  tylko  troche  ciemniej, duzy, jasny ksiezyc zasrebrzyl
  wszystko dookola. Wiatr ucichl, znowu lekko zaczal pruszyc snieg.
       Wstalem  i  bez  slowa  ruszylem  dalej.  Snieg padal coraz bardziej,
  obawialem  sie,  ze  przysypie slady. A ja przeciez nie moglem Jej zgubic,
  inaczej nikt by mi nie uwierzyl, ze Ona w ogole istnieje.

                                    * * *

       Glod.  Przerazliwy  glod  skrecajacy  wnetrznosci.  Jego zaspokoic na
  razie  nie  moglem. Pic zreszta tez, spekane od ssania sniegu wargi bolaly
  krwawymi  ranami.  Snieg  padal  juz  od  kilku godzin, po Jej sladach nie
  zostalo juz ani sladu. Zasmialem sie na glos z tej prymitywnej rymowanki.
       Nie  dopuszczalem  do  siebie  mysli,  ze  Jej juz nie znajde, ze sil
  starczy  mi  moze  na  godzine  marszu.  Nogi  niosly  jednak  mnie  same,
  automatycznie, a ja bylem czujny. Brak czujnosci moglby mnie zgubic.

                                    * * *

       Zachod  slonca.  Pieknie  zmieniajace  sie  barwy, wszystkie odcienie
  czerwieni,  czerwona mgla, czerwony snieg, czerwona moja, rozgrzana twarz.
  Krotkie,  spocone  wlosy, czapka scisnieta w dloniach, migoczace, czerwone
  iskierki w szaro-niebieskich oczach. Woda kapiaca ze spodni, sciekajaca po
  pniu  drzewka. Jakies dwa metry za mna stoi postac. To Ona, jej nie da sie
  pomylic  z  kims  innym,  to  oczywiste.  Tak  blisko,  a ja, nieswiadomy,
  zafascynowany  codziennym  cudem zachodu slonca, siedze do Niej tylem. Ona
  cos  trzyma  w dloniach na lancuchu, metalowe szczeki. Juz po mnie, jestem
  przegrany...

       Ocknalem  sie.  Otworzylem  oczy,  zasyczalem z bolu i momentalnie je
  zamknalem. Oslepila mnie nieziemska jasnosc. Po chwili dotarlo do mnie to,
  co zobaczylem. Snieg, slonce. Lezalem w sniegu, przysypany, nie moglem sie
  ruszyc,  nie  czulem rak, nog ani twarzy.. Na czolo wystapil mi goracy pot.
  Bylem  przerazony. Jak dawno temu upadlem? Nie pamietalem czy stalo sie to
  juz  po  wschodzie slonca czy tez w nocy. Gdyby w nocy, juz bym nie zyl. A
  nogi, rece? Odmrozone? Tak glupio skonczyc?
       Ponownie  otworzylem  oczy, tym razem powoli, przyzwyczajajac zrenice
  do  slonca.  Sprobowalem  poruszyc  rekoma.  Drgnely.  Powoli je unioslem,
  cale  czerwone,  wycelowalem  nimi  w  niebo  nade mna. A jednak zyje, nie
  odmrozilem  ich.  Zapewne  upadlem  niedawno,  z wycienczenia. Odetchnalem
  gleboko i usiadlem.

       Krew, zakrwawiony snieg, duzo krwi dookola mnie, siedze we krwi, krew
  na  sniegu,  krew na moich nogach, dloniach, jakies zelazo na mojej nodze,
  przy  kostce,  krew,  stopa  prawie  odcieta, wystajaca zgruchotana kosc i
  sciegna. Sidla. Wpadlem w sidla na niedzwiedzia. Krew.

                                    * * *

       - Yeti? Kochanie, dlaczego to zrobilas?
       - To nie ja, najdrozszy.
       - Nie ty? Przeciez widzialem... stalas za mna...
       - Yaceck, gluptasie, snilo ci sie tylko, majaczyles.
       - Snilo mi sie... Znalazlem cie... Moja m...
       - Znalazles. Kazdy szuka, kazdy kiedys znajdzie.
       - A... a kiedy wie, ze znalazl?
       - Nigdy nie wie. Ale czesto mu sie wydaje, ze znalazl.
       - Yet, w moim plecaku...
       - Wiem. Dziekuje.
       - Yeti...
       - Tak?
       - Dlaczego ucieklas?
       - Tu jest tak pieknie. Piekne gory. Przez caly rok.
       - Nieziemsko piekne...
       - Wlasnie. Nieziemsko.
       - Yet, ale ucieklas beze mnie... dla pieknych gor ucieklas ode mnie?
       - Nie, kochany Yacku, nie do konca dla gor...
       - ?
       - Przeciez widziales. Wiem ze widziales.
       - Co widzialem, Yet?
       - Zachod slonca.

                                                             John MacKanacKy
                                                               mackan@rpg.pl

                                    * * *

                            Pisane w kwietniu 1998
                    (inspiracja: Karkonoski Park Narodowy)



    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl