Kronika
Spotkania
Foto
Galeria
Terminarz
Tworczosc
Logi
Informacja o serwisie

Tworczosc


 Chcialem byc inny.


Cos mowilo mi, zatrzymaj sie, daj na luz. 

Ale nie. Ja musialem byc inny.

To cos siedzialo we mnie, nigdy nie dawalo mi spokoju. Zorientowalem sie,
gdy bylo juz za pozno...


Byla pozna jesien. Snieg padal sporadycznie, a temperatura zmieniala sie
jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki. Raz bylo cieplo. Innym razem
bardzo zimno.
 Przechodzilem obok Palacu Kultury, krazylem po bazarze, w poszukiwaniu
tej wlasciwej rzeczy. Zblizalo sie Boze Narodzenie, a ja chcialem sprawic
jakis piekny prezent znajomym. Dlugo szukalem. Ogladalem kazda rzecz z
osobna bardzo dlugo, namyslalem sie ile moglem, aby wreszcie stwierdzic,
ze to nie jest to, czego potrzebuje. Szukalem dalej.
 Uplywaly godziny, a ja znalem juz kazda pieprzona bude pod Palacem
Kultury. Przyjrzalem sie kazdej rzeczy, ktora zdawala sie miec jakas
wartosc. Nie moglem sie na nic zdecydowac. Wszystko zdawalo sie zbyt
proste, albo zbyt drogie... A pieniedzy mialem troche. Odkladalem przez
trzy miesiace, zeby moc zdobyc sie na cos specjalnego.
 Bazar zaczynal pustoszec, a niebo robilo sie coraz ciemniejsze. Drobne
platki sniegu opadaly powoli na ziemie, po to tylko by po chwili stopniec,
zniknac. Moze taki wlasnie mial byc moj prezent? Ulotny, a jednak
pozostajacy w pamieci na dlugo. Piekny, a zarazem nieuchwytny. Intencja.
 Usiadlem na murku i zamknalem oczy. Jakze dobrze byloby gdybym znalazl
ten wlasciwy prezent. Wiewiorka zeskoczyla z drzewa i zaczela mi sie
przygladac. Niby zwyczajna rzecz, ale wprawila mnie w takie zdziwienie, ze
nie moglem sie powstrzymac. Patrzylem.
A ona bez strachu podeszla blizej i spogladala malymi, blyszczacymi
oczkami na mnie, moze czegos oczekujac, a moze tak zupelnie
bezinteresownie. Wlozylem reke do kieszeni i poczulem cos twardego.
Orzech. Sprzed roku, kiedy chodzilem na cmentarz, by karmic wiewiorki.
Wyciagnalem go i polozylem przed soba.
 - Czesc. - glos dochodzil zza moich plecow, wiec musialem wstac, by
zorientowac sie kto do mnie mowi. Pusto. Wiekszosc sklepow zamknieta,
tylko w oddali przez snieg widac jakies niewyrazne sylwetki ludzi.
 - Masz moze faja ? - spojrzalem w dol. Stalem na murku, co dodawalo mi
troche wzrostu, jednak nie spodziewalem sie ujrzec tego co zobaczylem. Do
tej pory nie jestem pewien, czy to byl krasnal, liliput, czy tez jakis
dzieciak. Glos mial niezwykle piskliwy i dzieciecy.
 Wyciagnalem paczke papierosow i podalem mlodemu. Widzialem, ze nie
powinien byl palic, ale przeciez nie bede mu robil wykladow. Liliput
wyciagnal papierosa, wlozyl do ust i gleboko sie zaciagnal.
 - Co tu robisz ? - spytal.
 - Szukam prezentu. Dla znajomych.
 - Mowisz o tym poganskim zwyczaju rozdawania prezentow ? - glos mial
teraz nieprzyjemny i jakby pogardliwy. - Ludzie sa dziwni.
 Nie moglem sie z nim nie zgodzic. Chociaz swieto Bozego Narodzenia
uwazalem za mily zwyczaj.
 - Jestem Malik - rzekl liliput - a ty ?
 - Szymon.
 Malik usiadl obok mnie na murku i zachlannie wdychal dym papierosowy.
Przez dluzszy czas panowalo milczenie.
 - Wiesz, to bardzo dziwne, ze mozesz mnie widziec. Normalnie ludzie mnie
nie spostrzegaja. Nawet gdy do nich mowie. Chyba maja za malo Blasku. Ale
ty jestes inny. Daj jeszcze faja. Prawde mowiac, to ja tez szukam prezentu
dla znajomych. Ale nie na Boze Narodzenie. My mamy inne swieta. Teraz
zbliza sie Dzien Polowan.
 Cos we mnie drgnelo, lecz zignorowalem to uczucie, uznajac je za oznake
zimna. Nie wiedzialem co odpowiedziec.
 - Musisz byc inny. Spostrzegasz mnie, czestujesz fajami. Potrafisz
marzyc. Ale na nic to. Cos ci pokaze.
 Wyjal z kieszeni czerwone pudelko, z ktorego wyciagnal amulet na srebrnym
lancuszku. Przygladalem sie w podziwie temu arcydzielu, po czym
zapragnalem go miec.
 Stracilem przytomnosc.

 Obudzilem sie kilka dni pozniej, w ciemnym pomieszczeniu. Kolysalo.
Obmacalem przestrzen dookola. Bylem w klatce. Zawierzony w ciemnosci,
uwieziony jak zwierz. Dzien Polowan. Krew naplynela mi do glowy, a ja
przeklinalem sie za to, ze zignorowalem ostrzezenie. Gdy oczy
przyzwyczaily sie do ciemnosci, moglem uchwycic zarys pomieszczenia w
ktorym mnie trzymano. Jaskinia. Ciemna, wilgotna jaskinia, z malym,
okraglym jeziorkiem.
 Sciany robily sie coraz jasniejsze. Po raz pierwszy ujrzalem prawdziwy
Blask. Po chwili wolnym krokiem wszedl Malik i usmiechnal sie do mnie,
pokazujac rzad mlecznych zebow.
 - Nie przejmuj sie. Twoi znajomi nie sa tego warci. Obiecalem, ze cos Ci
pokaze.
 Liliput wyciagnal z kieszeni lyzke i sloik z miodem. Wykrzyknal "labadaba
labadaba labadabu bec". Zanurzyl lyzke w miodzie, po czym rzucil lyzke
gdzies za siebie. Z zadowoleniem podszedl do klatki.
 - Patrz!

 Niewyraznie, niby poprzez mgle, ujrzalem grono swych przyjaciol. Wlasnie
otwierali butelke szampana i rozawali sobie prezenty. Choinka przybrana
przeze mnie wlasnorecznie, stala w pelnym blasku pod sciana.
Najwidoczniej wszystkim dopisywal humor, bo wszyscy usmiechali sie,
obsciskiwali i spiewali. Uslyszalem szept: "Dobrze, ze Szymona nie ma.
Przynajmniej jedna impreze bedziemy mieli udana".
 Lzy naplynely mi do oczu. Szczypaly. Musialem mrugac coraz mocniej.
 - NIEEEEEE ! - krzyk rozpaczy odbijal sie echem po calej jaskini.
Usiadlem. Skulilem sie w kulke i zaczalem pochlipywac. To nie moze byc
prawda.

Nadal usmiechniety Malik otworzyl klatke, objal mnie za ramie i
wyprowadzil.
 - Nie przejmuj sie. I tak kiedys bys umarl.
Zimna stal dotknela mej szyi. Czulem jak sie powoli przesuwa, a ja nie
moglem nic zrobic.

 Ostatnia rzecza ktora zobaczylem byla choinka, widziana zza okna.
Z balkonu.




Pawel Rogozinski
Ge-IAD ol VovinE aka Reorx


    
===================================================
© 1999 P s y b o r g
Kontakt: webmaster@kronika.rpg.pl